Dookoła Polski (Luca 2009) cz.2
Spis treści
Dookoła Polski (Luca 2009) cz.2
Dzień szósty
Dzień siódmy
Dzień ósmy
Dzień dziewiąty
Wszystkie strony

Dzień piąty (wtorek 14.07.2009)

Wstaję rano i po pysznym śniadanku i smarowaniu łańcucha jestem już na trasie. Droga między Szczecinem a Świnoujściem ucieka szybko, bo nawierzchnia niezła, wszyscy pędzą to i ja też.. Przejechałem 100km w ciągu godziny, takiej średniej na odcinku 100km nigdy jeszcze nie miałem. Prognozy pogodowe jakie usłyszałem od żonki, jak i ciotki były rewelacyjne, upał i jakieś niewielki burze popołudniu.

Dojechałem do promu i czekam na przeprawę do Świnoujścia, coś ta pogoda robi się dziwna, zachmurzyło się i z nieba lecą pojedyncze krople wody. {gallery}/luca2009/5/a{/gallery}

 

Prom o dziwo był bezpłatny a na promie dopadła mnie ekipa kosiarzy. Mieli Poloneza z przyczepką załadowanego kosiarkami do trawy i zaczęły się rozmowy na temat świetności polskich motocykli. Tak mnie zagadali, że nawet nie wiedziałem kiedy znalazłem się na drugim brzegu. Wszyscy już opuszczają prom a ja dopiero zakładam rękawiczki i kask.
Świnoujście 7km, no to jadę, kropek na asfalcie coraz więcej, gdzie ten upał i słońce?
Pokręciłem się po Świnoujściu z pół godzinki i pora wracać na ląd. {gallery}/luca2009/5/b{/gallery}

Tym razem wybrałem prom w innym miejscu, ten turystyczny u samej góry mapy.
{gallery}/luca2009/5/c{/gallery}
Zaczyna padać coraz obficiej. Pewnie przelotne opady i zaraz wyjrzy słoneczko. Grzeno mówił przez telefon, że ze Szczecina do Gdańska jest niecałe 400km to mam sporo czasu. Taką odległość szybko przeskoczę (tyle faktycznie jest głównymi drogami a ja jechałem bocznymi, to jeszcze nie byłem świadomy czekającej mnie drogi).
Jestem już na lądzie i zaczyna nie padać, tylko lać, na chwilę jednak się przerwało. Po drodze zauważyłem drogowskaz na latarnię to jadę. Dojechałem do samej plaży, postawiłem moto przed zakazem i idę się plażować. {gallery}/luca2009/5/d{/gallery}

No i wtedy lunęło, momentalnie wymiotło wszystkich plażowiczów, zostali tylko ratownicy  ale i oni się zbierali. To co będę sam siedział, zbieram się i ja. Pewnie popada i zaraz przestanie, jadę dalej.
Skóra zaczyna mi przemakać, oj niedobrze, a niebo jak było zaciągnięte tak dalej jest. Strzał w bok i już jestem w leśnej przebieralni. Nie było łatwo naciągnąć na mokrą skórę przeciwdeszczówkę, bez zdejmowania butów i kasku. Dla chcącego jednak nie ma rzeczy niemożliwych. Rękawiczki i tak mi już przemokły to nie ma po co naciągać na nie gumowych, jadę tak a co.  {gallery}/luca2009/5/ef{/gallery}

Leje, leje i leje, mijam Międzyzdroje, Międzywodzie, Dziwnów, Rewal. {gallery}/luca2009/5/gh{/gallery}

W Rewalu jest fajna latarnia morska ale tak leje, że nawet nie chce mi się schodzić z motocykla by się tam wydrapać, jadę dalej. Za Trzebiatowem zaczyna się lekko przejaśniać ale jeszcze pada. Od Mrzeżyna do Dźwirzyna zaczynają się fajne klimaty. Jedzie się po płytach betonowych między sporym jeziorem Resko Przymorskie a Bałtykiem. {gallery}/luca2009/5/i{/gallery}

W Kołobrzegu w końcu przestaje padać, słoneczka jeszcze nie widać, droga mokra, ale przynajmniej nie leje. Zrobiło się tylko zimno, jakiś front arktyczny przyszedł, czy co?
W Kielcach upał a ja tu marznę. Zobaczyłem małą strzałeczkę na port, no to jadę. {gallery}/luca2009/5/j{/gallery}

Z portu miałem trochę kłopoty wrócić na główną, bo były jednokierunkowe i żadnego oznakowania, ale jakoś trafiłem. Za Kołobrzegiem dzwonię do Grzena, jest koło południa.
Grzeno zrobił wielkie oczy, że ja jestem dopiero tu. Mapę mam przerwaną na pół przez moją młodszą córeczkę Gabrysię, i cały czas patrzę na tą część, na której nawet nie było widać Ustki. Poskładałem mapę w całość i w tym miejscu powinienem szpetnie zakląć, ale nie, luzacko jadę dalej w końcu jestem na wakacjach a nie na wyścigach. Przez kurorty niestety jedzie się 5km/h, bo ścisk, pełno puszek i przechodniów, za to można w spokoju podziwiać piękno kobiecych nóżek a było na czym oko zawiesić. Zdjęć nie robiłem he, he, jak ktoś chce to musi sobie pojechać.
Za Kołobrzegiem odbiłem w stronę Bałtyku na Ustronie Morskie i wzdłuż brzegu koło jednostki wojskowej chciałem się przedostać do Sarbinowa. Droga mi się niestety skończyła zakazem a mapa znowu pokazywała co innego. Nie będę robił obciachu i zawracam jak cywilizowany człowiek no i teraz zaczął się Camel Trophy po konsultacji z lokalnym GPS-em w postaci staruszki. Po strasznej drodze przedostałem się do Kładna, jakieś Gąski, no i jestem znowu w cywilizacji. Zawieszenie w Jelonku znowu przeszło niezły poligon, nic się nie urwało, zatem można jechać dalej.
Sarbinowo wita. Pytam tubylca jak dojechać do Mielna? Dostałem wskazówki, zapłon, kierunkowskaz, jedynka i jadę. Zjeżdżam z górki i na samym zakręcie widzę wóz policyjny i policjanta jak wybiega z lizakiem, czy z jakąś kolorową pałką. Patrzy się prosto na mnie, przymrużył oczy i się cofnął krok a ja przejechałem. Potem patrzę po kierownicy a ja nie mam włączonych świateł (100zł mandat, już kiedyś miałem taką przyjemność). Nie zatrzymał mnie bo byłem ubrany w przeciwdeszczówkę z Castoramy za 30PLN, która była w kolorze moro i oczywiście moją kamizelkę odblaskową POLICE.
W tym momencie uświadomiłem sobie, że koszty zakupu jednego i drugiego właśnie się wróciły. Od teraz pilnuję już światełek z podwójną uwagą, bo nie ma co nadwyrężać szczęścia.
Ponownie jadę pomiędzy jeziorem a morzem, nazwa jeziora to Jamno, z Darłowa sypię prosto na Ustkę. Tam już Żołnierz w koszarach parzy dla mnie kawę. Przy tablicy Ustka zatrzymuje się by nawiązać kontakt radiowy z jednostką. Szeregowy Luca melduje się w Ustce.
Gdzie jesteś słyszę w słuchawce, tu i tu, odpowiadam.
- za domkami skręć w lewo i potem prosto
- za jakimi domkami, tu są same domki?
- za nowymi domkami.
No dobra pewnie na poligonie takie informacje wystarczają to może i ja sobie poradzę, szukam gdzie są jakieś w miarę nowe domki i rura na lewą burtę.
O dziwo trafiłem jak po sznurku, patrzę a tu macha do mnie jakiś oficer, czy generał. To Żołnierz, w życiu bym go nie poznał w mundurze, strach się bać normalnie, respekt na maxa.
W Ustce słoneczko świeciło pełną gębą, to pora była pozbyć się tej przeciwdeszczówki, tylko jak się tego pozbyć? Przeciwdeszczówka przykleiła się do mokrej skóry i z pomocą przyszło Wojsko Polskie, razem daliśmy radę. Trzeba było conieco podsuszyć na słoneczku a resztę wiaterek owieje po drodze. Dostałem prawdziwą żołnierską kawę, pół na pół, kawa z wodą i cukier w słoiczku. Mogłem słodzić do woli, taka mikstura postawiła mnie na równe nogi i wydobyła ukryte pokłady energii.
Pora zobaczyć strzelnicę wojskową i sobie trochę postrzelać. Postrzelać fotek oczywiście, bo strzelanie z broni wojskowej przez cywila mogło by się źle skończyć. {gallery}/luca2009/5/k{/gallery}

Jak wyglądają  zmasakrowane tarcze strzelnicze i pokrywki ze skrzynki na amunicje.
A i oto prawdziwa strzelnica wojskowa, gdzie nasi dzielni żołnierze opróżniają magazynki. {gallery}/luca2009/5/l{/gallery}

Czas szybko leci, ja mam jeszcze spory kawał drogi a Grzeno już się pewnie niecierpliwi. {gallery}/luca2009/5/m{/gallery}

Szybkie pożegnanie z Żołnierzem i lecę dalej. Tam na fotce z lewej strony z tyłu na ławeczce suszy się moja przemoknięta kurtka. Spodni nie wypadało ściągać w koszarach, to suszyły się na mnie.
Jadę wzdłuż wybrzeża słoneczko świeci już nisko, ale jeszcze świeci, niezła droga i piękne widoczki po bokach. Są lekkie pagórki i  czasem jakiś winkielak.
Do Łeby już nie wjeżdżam, bo byłem tam niedawno i trzeba się potem cofać, bo nie ma drogi wzdłuż morza a czas goni, Grzeno już sobie jedzie z Gdańska w moją stronę.
Karwia, Jastrzębia Góra i już jestem pod stadionem we Władysławowie. Tu gdzieś czeka na mnie Grzeno, ale pewnie, jest zły bo mnie długo nie ma, to trzeba trochę rozładować atmosferę. Dzwonię:
- Cześć Grzeno, jestem koło Łeby, coś mi zagruchotało w silniku, silnik stanął, zablokowało koło i nie da się ruszyć (zapadła cisza w słuchawce). Żartuję, jestem we Władysławowie pod stadionem i czekam tu na ciebie a z moto wszystko ok.
Grzeno zaraz się zjawił w dobrym humorze a chwile wcześniej już się zastanawiał, w jaki sposób mnie sholować z okolic Łeby.
Słoneczko już zaszło, ale jeszcze trochę widać to jedziemy pod hotel Pekin. {gallery}/luca2009/5/n{/gallery}

Teraz już mogę śmiało powiedzieć, że swoim chińskim motocyklem byłem aż pod Pekinem.
Lecimy już we dwa motóry na Hel. Jest zarąbiście, po jednej stronie woda i po drugiej stronie woda, robi się ciemno, ale morze jeszcze widać. Jedziemy 50-60km/h, po pół godziny zaczyna mnie łamać spanie, za chwile patrzę a tu przede mną trzy wielkie światła. Pociąg jedzie w moją stronę lewym pasem. ŁOOooo, źle ze mną, mam już zwidy, muszę do lekarza. Wytężam wzrok i wydaje mi się, że w tych ciemnościach zaraz przy samej drodze błyszczą się jakieś tory. Uff, jeszcze nie zwariowałem, nie mogę mieć jednocześnie zwidu pociągu a zaraz potem torów, chyba nie mogę? I tak ślimaczą prędkością dotarliśmy na Hel. Well come to Hell.
Jest zakaz wjazdu, ale podtrzymujemy tradycję KCM, jedynka i do przodu.
Motorki ustawiamy na przystani, tylko jak tu strzelić fotkę w takich ciemnościach? Z pomocą przyszedł tryb nocny i jakaś zagubiona cegłówka do podparcia. {gallery}/luca2009/5/o{/gallery}

Za nami już tylko Bałtyk. Dalej na kołach się nie da, zatem wracamy. Proszę Grzena by jechał odrobinę szybciej, bo zasypiam na drodze a on mi na to, że specjalnie jedzie wolno, bo pewnie jestem już bardzo zmęczony.
Grzeno wziął sobie za punkt honoru jechać trochę szybciej. No i jechaliśmy trochę szybciej, manetki na maxa i jazda po obwodnicy Trójmiasta. Obwodnica super zrobiona, po dwa trzy pasy, asfalt gładziutki jak stół, pełno dobrze wyprofilowanych wiaduktów  i zupełnie pusto na drodze, bo jest już gdzieś koło pierwszej w nocy. Jeszcze nigdy nie jechałem w winklu i sporym pochyleniu 120km/h. Grzeno tak gonił, że ledwo mu siedziałem na ogonie, czasem jak mi odskoczył by go dogonić zegar wskazywał mi 130km/h z bagażami. Tak mnie Grzeno obudził, że potem nie mogłem spać w nocy, poziom adrenaliny nie chciał wcale spadać.
W środku nocy wpadliśmy do letniej hacjendy Grzena, stawiając na równe nogi całą jego rodzinkę, żonkę i dwie córeczki.
Trochę mi głupio było, ale cóż zrobić, kilometrów wyszło więcej niż przypuszczałem.
Dostałem prawdziwy ogromny obiad w środku nocy, wypiłem browca i gdzieś koło trzeciej nad ranem po nocnych Polaków rozmowach poszedłem w objęcia Morfeusza..

Podsumowanie:
Przejechałem  674km, zatem znowu zaczynam przeginać z kilometrami.
Motorek sprawuje się wyśmienicie, musiałem tylko drugi raz oliwić łańcuch po deszczu, bo go wypłukało ze smarowidła, zaczął szeleścić i się wyciągać w mgnieniu oka.

 



 
Copyright © Klub Chińskich Motocykli - 2010 (design Agnes
)