Dookoła Polski (Luca 2009) cz.1
Spis treści
Dookoła Polski (Luca 2009) cz.1
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Wszystkie strony

Dzień pierwszy (piątek 10.07.2009)

Było kilka prób, ale zawsze coś szło nie tak i moje marzenie by objechać Polskę dookoła wzdłuż granic ciągle czekało cierpliwie na realizację.
Ostatnia szansa, jak teraz nie pojadę to w tym roku nici z wyprawy, później nie będzie czasu ani możliwości.
Żona ubłagana, urlop w pracy na pięć dni załatwiony, Jelonek zatankowany no to w drogę.
Hola, hola nie tak od razu, dzisiaj jeszcze idę do roboty i dopiero po pracy wyruszam w stronę Bieszczad, a dusza rwie się od samego rana jak oszalała by pędzić przed siebie.
W robocie siedziałem jak na szpilkach i w głowie miałem tylko jedno, oj ciężko było skupić uwagę na pracy.
16:10 WOLNOŚĆ, no to szybko 37km do domku tam papu, graty do zabrania już od wczoraj leżą w garażu, tylko przytroczyć i można jechać. No tak, ale jadę samolubnie i żonę z dwoma małymi urwisami muszę zostawić, trochę smutno.

 

Zew natury jednak wzywa i żegnam się z rodzinką. Po osiemnastej jestem już w drodze, pogoda nie do przewidzenia, ciężkie chmury się snują, deszczyk chwilami kropi, ale nie na tyle by zakładać przeciwdeszczówkę a Jelonek dzielnie rwie do przodu.

Stracha trochę mam, a może już nie wrócę, bo mnie jakaś puszka przejedzie na drodze, może widziałem moją rodzinkę ostatni raz w życiu? Zostaną sami i będą cierpieli długie lata, bo mi się zachciało na motor?

Jednak wraz z uciekającymi kilometrami pesymistyczne myśli gdzieś znikają, górę bierze radość z jazdy i adrenalina przed nieznanym.

Tuż przed zmrokiem dojeżdżam do domku rodzinnego w Sieniawie by spędzić noc. Rozpadało się na dobre, ledwo zdążyłem schować motocykl pod dach.

Podsumowanie:

Stan licznika na starcie 25.141 km.

Tego dnia przejechałem 223 km i niepokojąco zaczął mnie boleć zadek od siodełka a to przecież dopiero początek początku wyprawy. Pewnie przez to, że nie robiłem przerw, jutro muszę bardziej o tym pamiętać.

Mam już na to patent, dużo pić i wtedy organizm sam będzie się domagał częstych postojów.

{gallery}/luca2009/1{/gallery}

 


Dzień drugi (sobota 11.07.2009)

Padało chyba całą noc, bo jak o piątej nad ranem dziabnął mnie komar, a raczej komarzych, to padało nadal, na szczęście jeszcze tylko przez godzinę.

Rano nasmarowałem łańcuch, wzrokowo sprawdziłem czy wszystko mam i o siódmej byłem już na trasie. Jezdnia była cała mokra, trochę chłodno, ale przynajmniej z góry nie lało. Po pół godziny wyszło nawet słoneczko i osuszyło asfalcik. Pierwsze serpentynki na Szklarach pokonałem już w słoneczku. Za Szklarami jest miejscowość Daniowa, od której zaczynam okrążanie Polski, za kilka dni jak wszystko dobrze pójdzie to będę dokładnie w tym samym miejscu, tyle, że przyjadę z drugiej strony. Nie powiem ciekawa perspektywa i uczucie, gdy człowiek coś takiego sobie ubzdura i tak naprawdę nie wie, jak to wszystko wyjdzie.

{gallery}/luca2009/2/a{/gallery}

Robi się coraz cieplej, chmury gdzieś znikają, a my z Jelonkiem mkniemy dalej przed siebie, przez Dukla, Gorlice, Grybów, Nowy Sącz, potem Stary Sącz i mała przerwa w chłodnym lasku, bo robi się cieplutko. Mała orientacja na mapie i ogień w tłoki w stronę Krościenka nad Dunajcem i już za chwilę jestem w Niedzicy.

Zaczyna się to, co tygryski lubią najbardziej, góry, widoczki, ostre winkielki z dobrym asfaltem. Bagaż trochę przeszkadza, ale tylko trochę, galopujący rumak się cieszy pędząc do przodu i jego pan też się cieszy. Jestem pod zamkiem w Niedzicy i tam zaintrygowała mnie druga strona Zalewu Czorsztyńskiego, nie ma rady albo łódka albo trzeba się wrócić.
Znowu winkielki he he a z drugiej strony zalewu tyż piknie i jest nawet drugi zamek.
{gallery}/luca2009/2/bc{/gallery}

Teraz w stronę Zakopanego, ale jak przy granicy to muszę wracać z Czorsztyna w stronę Niedzicy, za którą jakość asfaltu już nie rozpieszcza. Podskakując jadę dalej i dalej aż moim oczkom ukazuje się znajomy z WWS drogowskaz na Karczmę Widokową koło Bukowiny Tatrzańskiej. Mają tam dobrą kwaśnicę na wędzonej baraninie.

{gallery}/luca2009/2/d{/gallery}

Widok na Tatry przepiękny, chmurki trochę zasłaniają, ale i tak jest  w dechę i to górskie powietrze, można się sztachać do woli.

No to sypiem do Zakopca, a tam masakra, pełno turystów, jeden wielki korek. Poczułem się jak w centrum Warszawy, a nie w górach i rejestracje nawet te same. Straciłem ponad godzinę by przebić się przez Zakopane i wylecieć w stronę Chochołowa, potem w Czarnym Dunajcu odbiłem na Jabłonkę i Zawoję. Znowu znajome widoczki z zeszłorocznej wyprawy WWS.

{gallery}/luca2009/2/e{/gallery}

W tym miejscu właśnie, rok temu, koło Babiej Góry  Majkelpl grzebał przy tłumikach swojej Yamachy.  Niebo trochę zachmurzone, ale jeszcze nie pada, to nie ma co długo zwlekać, ogień w tłoki i koko dżambo do przodu.

Kolejne miejsce kultu WWS to pole namiotowe niedaleko Żywca. Oj działo się, działo swego czasu.

{gallery}/luca2009/2/f{/gallery}

W Żywcu odbijam w kierunku przejścia granicznego w Istebnej, a tam roboty drogowe witają. Było trochę kluczenia, ale w końcu udało się złapać kierunek na Wisłę (miejscowość, nie rzeka:), no i zdębiałem Polska to jeszcze, czy może już obce kraje. Taaaki wypasiony wiadukt u nas?{gallery}/luca2009/2/gh{/gallery}

Ano jak widać i u nas jak chcą to potrafią. Cóż za zbieg okoliczności, tam gdzie podążam prowadzi ten wiadukt no to hyc na górę i podziwiam całą okolicę z wysokości chmur, no prawie.
Jadę sobie jadę, a tu coraz wyżej i wyżej, za chwilę asfalt mi się skończył i jest jakaś stara droga brukowana, gdzie ja do jasnej Anielki jadę?

Kamień z serca, jest znowu asfalt i to nawet trochę lepszy niż przed chwilą, kierunek wydaje się dobry no to jak by to powiedział Mnich, no to lecim.

Wyżej i wyżej, widoczki, aż zapierają dech w piersi, trzeba stanąć i strzelić fotę.

{gallery}/luca2009/2/i{/gallery}

Niestety zdjęcia nie oddają tego piękna, które jest w stanie na żywo zobaczyć ludzkie oko.

{gallery}/luca2009/2/j{/gallery}

Po drodze Koniaków wita swoimi koronkami, niestety trochę już późno i choć muzeum z koronkami tuż, tuż to nawet nie ma co zaglądać, bo pewnie zamknięte. No to z górki na pazurki i znowu te objazdy do Wisły. Objazd jakiś dziwny, droga przez jakąś górę, wąska z dwudziestopierwszowiecznej kostki, sterowana światłami, o co chodzi? Jakaś droga do zamku, stromy zjazd w dół. Dwa motocykle się wyminą, ale motocykl z samochodem już ciasno, a dwa samochody nie mają szans. Nic to, jest droga to jadę dalej, a co mi tam. Za chwilę drugi zamek i tam już coś pisze ,,Zamek Dolny”, gdzie ja jestem, na mojej mapie nie ma tej drogi ani żadnych zamków?  W końcu zjechałem na sam dół i jest asfalcie a tam żółty znak ,,Objazd Wisła”. Jestem uratowany, hura, hura.

Wisłę przeskoczyłem, nawet nie wiem kiedy, potem Ustroń i azymut na Cieszyn. Po drodze jeszcze tylko natknąłem się na Milicje, sam się grzecznie zatrzymałem, nie trzeba było nawet machać pałką na mnie.

{gallery}/luca2009/2/k{/gallery}

Znowu zza chmur wychodzi słoneczko i w Cieszynie było już ciepło i słonecznie, tylko gdzie mi te wszystkie godziny uciekły, już osiemnasta.

Kamieniczki po stronie polskiej.

Kamieniczki po stronie czeskiej.

{gallery}/luca2009/2/l{/gallery}

{gallery}/luca2009/2/m{/gallery}

Dzwonie do żony uradowany, że pierwszy raz w życiu jestem w Cieszynie i dowiaduje się, że do Wałbrzycha to ja mam jeszcze ze 300km. Patrzę na zegarek, już po osiemnastej, co tu robić, szukać miejsca na nocleg w Cieszynie, czy jechać dalej? Kręcę się trochę po Cieszynie ciągle się zastanawiając, przy okazji szukam wylotu na 937, w stronę Jastrzębia  Zdroju, jakieś dziwne drogi dróżki, ach te polskie drogi. Zerkam na mapę, no i jest ładna droga wzdłuż granicy, ale po stronie czeskiej. Raz kozie śmierć, jadę na Czechy, powinienem nadrobić z godzinkę czasu. Ściągnąłem tylko kamizelkę odblaskową z napisem Police, bo w Czechach mógłbym mieć przez to kłopoty. Po tamtej stronie dobre drogi i dobrze oznakowane, no to lecę sobie w kierunku Karviny a potem na Ostravę omijając ją prawą stroną wracam znowu do ojczyzny. Drogi trochę gorsze, ale nie jest źle, mijam Racibórz, Kietrz, trochę oddalam się od cywilizacji i zaczynają się niezłe swojskie klimaty. Przejechałem przez miejscowość, z której nazwy śmiałem się z godziną a nazywała się Sucha Psina. Dalej Głubczyce, Prudnik i robi się ciemno, godz. 22. Trzeba by zadzwonić do żonki, bo się pewnie martwi. Zdaję jej meldunek gdzie jestem i słyszę w słuchawce jak głos jej się załamuje. Prosi mnie bym znalazł gdzieś nocleg i już zsiadł z tego motóra. Czułem się dobrze, w prawdzie było już ciemno ale z nieba nie padało, to można jechać dalej. Udało mi się uspokoić trochę moją lubą ale czułem, że nadal będzie się zamartwiać.

Jadę dalej, jak padnę ze zmęczenia to rozbijam namiot w jakichś krzakach i śpię do rana.

Głuchołazy i Nysa wita nocą, robi się zimno i jakoś wilgotno, zaczyna mną trząść. Rozglądam się w Nysie za jakimś campingiem bo nie dam już rady dalej. Wtem przyszło olśnienie, przecież ja mam jeszcze  przeciwdeszczówkę z Castoramy za 30PLN, która nie przepuszcza wiatru. Naciągam to wszystko gdzieś pod jakąś zamkniętą fabryczką i już jestem gotowy do dalszej drogi. Teraz to kultura, już mną nie trzęsie, trochę w kasku wieje zimnem, ale tyle da się wytrzymać.

Przemierzam czarną otchłań w poszukiwaniu Starego Paczkowa, na drogach pusto, nikt normalny już o tej porze nie jeździ. Za Kłodzkiem dopada mnie zmęczenie, stosuje stary indiański sposób na otrzeźwienie i myje twarz w mineralnej. Od tej pory zaczyna się jazda trochę na siłę o czerpaniu przyjemności nie może być mowy. Już tak niedaleko, spać w krzakach, czy jechać dalej? Z Kłodzka nie jadę już na Bystrzycę Kłodzką i Międzylesie, jak miałem w pierwotnych planach bo aż tak stuknięty nie jestem i nie ma co przeginać w środku nocy, jadę na miejscowość Nowa Ruda . Od Nowej Rudy opłotkami przy samej granicy dostaje się do Głuszycy a potem do Jedliny Zdrój, stamtąd łapię kierunek na miejsce docelowe, czyli na Zagórze Śląskie.

Huraaa jestem, godz. 01:30, dzwonię do Indianera, który baluje z Fanami Rometa właśnie w Zagórzu. Abonent niedostępny, o matko! Na szczęście wziąłem sobie zapasowy nr tel. do organizatora zlotu. Dzwonię ponownie, jest sygnał, halo,  jestem taki i taki, przyjechałem stąd i stąd i nie mogę się dodzwonić do Indianera.

W słuchawce słyszę, że Indianer był, ale już go nie ma bo śpi gdzie indziej. No dobra jakoś przeżyje bez Indianera, ale jak do was dojechać? Tłumaczę, że jestem pod wiaduktem kolejowym na brukowanej drodze i właśnie minąłem tablicę Zagórze Śląskie. W słuchawce słyszę jakiś bełkot z którego udało mi się wysupłać ,,nie wiem, gdzie jesteś”. No to koledzy nieźle powalczyli tego wieczora, że nie kontaktują, sobie myślę. Trochę się zdenerwowałem, ale jadę dalej, może ich jakoś znajdę. Jest hotel całkiem spory, dzwonię jeszcze raz , jestem tu i tu, podaję nazwę hotelu. W słuchawce znany już tekst ,,nie wiem gdzie jesteś” , jakiś mały punkt rozpoznawczy, jakiś maleńki, nie wymagam dużo. Jesteśmy nad jeziorem, usłyszałem w ośrodku takim i takim, Żagiel czy Fregata, dzisiaj już nie pamiętam tej nazwy. Jakie jezioro, rozglądam się w ciemnościach, tu są tylko lasy i jakaś rzeka? Patrzę na GPS w telefonie, no pokazuje, że jestem już na miejscu a jakiś niebieski placek jest po prawej stronie, no to ruszam spod hotelu na krzyżówce w prawo. Jest jakaś następna dróżka w prawo ale strzałka pokazuje na jakąś restaurację o innej nazwie niż podał mi Onael. Jadę dalej prosto i to był błąd, ale później do tego dojdziemy. Jadę i jadę a tu tylko droga i las, gdzie to jezioro? Są jacyś tubylcy, zatrzymuje się, ściągam kominiarkę by nie wystraszyć i kulturalnie pytam o drogę. Tubylcy o tej porze używają do komunikacji języka uueeueeyyyyghhhbleble, zalani w trzy d. i weź tu się dogadaj. W końcu ustalili zbieżne zeznania, co do namiarów, no to w drogę. Tak mnie pokierowali, że objechałem całe jezioro dookoła po wąskiej drodze z dziurami a raczej z wilczymi jamami. Normalnie jakieś serpentyny, nagle patrzę a w półmroku widać po prawej stronie jakąś ogromną ścianę w dół i żadnej barierki, aż mi serce podeszło do gardła. Gdzie ja jestem? Do tego zaczęło z nieba lać i te wilcze doły, zaraz Jelonek mi się rozleci, łup i łup, na drodze ciemna plama a potem okazuje się, że ¼ koła w nią wpada. Po prawej stronie są jakieś domki i nawet kilka łódek, ale nie ma żadnych namiotów. Świeci się jakieś światło, ale wszystko pozamykane i nie ma żywego ducha. Jadę dalej, jadę i jadę, okrążyłem całe jezioro po tych wilczych jamach, nie wiem ile i co mi się połamało i odpadło od motocykla. Jelonek jakoś jedzie dalej, ja jestem już skrajnie wyczerpany i wścieknięty, z nieba leje jak by się uwzięło. Po co mi to wszystko było na stare lata, gdzieś tułać się w środku nocy, deszcz, wilki, zamiast siedzieć w domku z rodzinką i cieszyć się życiem, po co?? Znowu jestem pod tym samym hotelem, no i co teraz, została mi już tylko jedna droga do tej restauracji no to jadę, bo co tu będę sam w nocy siedział. Droga wąska zalesiona, ułożona z trylinki (takie sześciokątne kostki betonowe), są jakieś domki i jest jeziorko, tylko gdzie te namioty? Same domki i żadnych namiotów nie widać, z jednego słychać śpiewy, jakieś towarzystwo nieźle się bawi. Jadę jakąś błotną ścieżką po lesie wzdłuż jeziora, ścieżka się skończyła a namiotów nie ma. Jelonek tańczy piruety po błocie, zawracam. Nic to, są domki, jest jezioro, gdzieś się wcisnę ze swoim namiocikiem. Zajeżdżam pod domki i widzę, że na tarasie siedzi jakaś niewiasta na krześle opatulona w koce i się chyba poruszyła. Podchodzę i grzecznie pytam, czy są tu jacyś motocykliści albo gdzie tu chociaż można rozbić namiot ?  Nic nie wiem, wyksztusiła z siebie zionąc alkoholem w moją stronę, ale idź tam do tego domku gdzie są śpiewy to dostaniesz wódki. Tylko tego mi trzeba było, ja chce miejsce pod namiot bo padam ze zmęczenia i mam skołatane nerwy a nie wódki, po co mi teraz ta cholerna wódka?

Idę nad jeziorko badać teren pod namiot, znowu zaczyna padać. Trochę duży spadek, ale jest mały placek bez kretowisk to mogę się tu rozbić i jakoś przekimam do rana. Wracam do motocykla po graty i zaczynam odpinać namiot, widzę jakiegoś młodego człowieka próbującego wsadzić kluczyki do drzwi samochodu. Pytam grzecznie, gdzie tu można rozbić namiot a gość mi odpowiada, że tam wyżej jest boisko i tam są namioty. Nareszcie, no to odpalam sprzęta, leje coraz bardziej a ja mknę w poszukiwaniu boiska. Gdzie to boisko, nigdzie nie ma, co jest? Wracam w stronę domków, boiska nie ma, impreza u polewaczy wódki już ucichła, znowu zawracam. Jest jakiś ubytek lasu, świecę światłem motocykla, ale nic nie widać poza czubkami drzew, wtem coś mi delikatnie zabłyszczało na dole, jakby kształt igloo, chyba namiot. Tylko jak tam zjechać, są jakieś betonowe schodki stromo w dół, ale po schodkach w nocy przecież nie zjadę. W lewo w prawo i nic nie ma jak się tam dostać, jadę w stronę drogi głównej, jest jakaś boczna w las. Za co to wszystko, kiedy się skończy ta koszmarna noc? Jadę tą leśną drogą przez krzaki, droga zawija w prawo w stronę rzekomego boiska, chociaż tyle. Jest i boisko, są namioty i są motóry i to Romety. Dziękuje Ci Panie Boże, że mnie nie zostawiłeś samego na pożarcie wilkom.

02:30, leje jak by się wściekło, ale mi jest już wszystko jedno, niech sobie nawet śnieg pada, ja mam to gdzieś. Latarka na czoło i do dzieła. 03:00 leżę już w namiocie, w ciepłym i suchym śpiworku, mokre ubranie zdjęte, jeszcze tylko sesemes do żony by nie umarła ze zmartwienia i lulu.


Podsumowanie:
Tego dnia przejechałem 866km i cud, że Jelonek się nie rozpadł na tych wilczych dołach.
Przegiąłem i to na maxa, tyłek mnie tak boli, jak bym dostał 20x pasem od ojca za młodu.
Człowiek stary a głupi, na co mi taki hardkorowy survival?

 


Dzień trzeci (niedziela 12.07.2009)

Otwieram oczy, jest już jasno i nawet deszcz przestał padać, mam ręce i nogi, mogę wszystkim poruszać hurraaa, żyje. Jest jeszcze wcześnie, bo nie ma nawet siódmej, w obozie cisza. Wszyscy jeszcze śpią to nie będę ich budził, wystarczy, że w nocy przy namiotach urządzałem Jelonkiem Camel Trophy. Kolejny sesemesik do żony, że jestem w jednym kawałku i ogólnie, że jest git.
W końcu kogoś słyszę, to pora się ujawnić i wychodzę z namiotu. Trafiłem na Oanela, który przepraszał mnie, że w nocy nie był w stanie mi pomóc. Mi cała wczorajsza złość już dawno przeszła, bo się trochę przespałem i zregenerowałem siły, nie było sprawy ja byłem szczęśliwy, że tą koszmarną noc mam już za sobą. Reszta Romeciarzy coś nie bardzo chciała wstawać a czas leciał, to Onael odpalił swojego sprzęta i pobudził śpiochów.
Okazało się, że z namiotu stojącego obok mojego wyszedł sam słynny William Mnich.. No proszę, ależ miałem znakomite towarzystwo w nocy i nawet o tym nie wiedziałem. {gallery}/luca2009/3/a{/gallery}

Przywitałem się, ze wszystkimi, równe chłopaki i chętnie bym z nimi pośmigał, ale musiałem przecież jechać dalej.
Zostałem nawet poczęstowany przez Oanela chlebkiem z konserwą.
Pooglądałem sobie słynnego Rometa Mnichowego, którym był w zeszłym roku na Gibraltarze. Widać, że Romet przejechał już szmat drogi i ostatnio musiał gdzieś z Mnichem zażywać kąpieli błotnej, bo wyglądał jak by go ktoś zanurzył do połowy w jakimś bagnie. Mimo to łańcuch był czyściutki, nasmarowany i prawidłowo naszpanowany. Widać, że Mnich dba o swojego rumaka, ale bez przesadyzmu oczywiście.{gallery}/luca2009/3/b{/gallery}

A i oto Mnich we własnej osobie i jego dzielny Rumak.
Pozwolił mi nawet usiąść na swoim Romeciku, a o małą przejażdżkę już nawet nie śmiałem prosić.{gallery}/luca2009/3/c{/gallery}

Czas szybko biegnie w miłym towarzystwie Fanów Rometa, ale pora ruszać dalej przed siebie. Od samego rana staram się skontaktować z Shippem bo obiecał tego dnia trochę pośmigać ze mną, a tu ,,abonent czasowo niedostępny”.
Zjeżdżam jeszcze nad jeziorko strzelić fotkę i komu w drogę temu czas. W dzień jednak wszystko wygląda zupełnie inaczej, piękniej i prościej niż w nocy. Rozpoznanie terenu nocą może nieźle człowiekowi dać popalić.{gallery}/luca2009/3/d{/gallery}

Niedaleko jest zapora, której mroczną ścianę widziałem w nocy, to jadę skonfrontować zapamiętane wrażenia skąpane w dziennym świetle.{gallery}/luca2009/3/e{/gallery}

W dzień zapora też robi wrażenie, jest ogromna i do tego pięknie wykonana. Solidna niemiecka robota, co by nie mówić. Ponoć wtedy, gdy była powódź to woda przelewała się górą zatapiając poniższe miejscowości bo Czesi wypuścili ogrom wody ze swojej zapory.{gallery}/luca2009/3/f{/gallery}

W tym właśnie miejscu przejeżdżałem nocą podczas deszczu. Nogi nagle mogą się zrobić miękkie i trzęsące jak człowiek nie jest przygotowany na takie przepaście.
Zjeżdżam z górki a tu słyszę bimbambombom, mój metalowy przytroczony kubek się odwiązał i szaleje po małych serpentynach. Zatrzymałem się i przywiązuje uciekiniera.
Zanim skończyłem przywiązywać nadjechało dwóch turystów na wypasionych rowerkach poubierani we wszystkie możliwe ochraniacze zatrzymali się koło mnie.
- fajny motorek
- ano fajny, no bo co powiem jak mi się przecież podoba
- ile taki kosztuje
- 7 tyś zł
- ile, chyba euro?
- nie złoty, bo to chińskie i pojemność mała
Gdy odjeżdżałem to jeszcze usłyszałem mimochodem jak mówił jeden do drugiego.
- fajnie teraz mają na patrolach.
Oczywiście miałem na sobie kamizelkę odblaskową z napisem POLICE, już mi się wczoraj jeden dziadzio pytał jak stanąłem na parkingu.
- czy tu nie wolno parkować?
Oczywiście odpowiedziałem, że jak najbardziej wolno, no bo co miałem innego powiedzieć?
My tu gadu gadu a jechać trzeba. Dojechałem do Wałbrzycha , miasto rozległe ale stan nawierzchni dróg woła o pomstę do nieba. Najlepsze jest to, że to wcale nie były najgorsze drogi tego dnia. Łata na łacie i na tej łacie jeszcze pięć innych łat. Ciągle szukam kontaktu z Shippem a tu nic, poprosiłem w końcu żonkę by wywołała SOS na forum KCM, może komuś innemu się uda, może mam jakiś walnięty numer? Okazuje się, że numer ok. i nikt nie jest w stanie się z Shippem dzisiejszego poranka skontaktować. Zapadł się pod ziemię, czy co? Lecę dalej, po wydostaniu się z Wałbrzycha drogi znacznie się poprawiły jak na nasze polskie warunki oczywiście, nie ma co popadać w euforię.
Kamienna Góra, Kowary i już jestem w Karpaczu. Trochę jakiś dziwny ten Karpacz, rok temu tu byłem i jakoś nic nie poznaję, gdzie ta świątynia Wang?
Okazało się, że do Karpacza wjechałem od drugiej strony niż rok temu, gdy prowadził nas Buber. Dopiero jak wyjechałem na samą górę wszystko mi się rozjaśniło i puzzle poukładały w mojej głowie się same.
W końcu nawiązałem kontakt z Shippem, okazało się, że u niego w domu prawie nie ma zasięgu, dopiero jak wyniósł komórkę na taras można było pogadać.
No, to jest super, będę miał gdzie spać tej nocy. Shipp popołudniu ma po mnie wyjechać i poprowadzi mnie jak po sznurku, a na razie buszuje sobie sam w Karkonoszach.{gallery}/luca2009/3/g{/gallery}

Świątynia Wang wygląda tak samo jak rok temu i widać nawet Śnieżkę na następnym zdjęciu.

{gallery}/luca2009/3/h{/gallery}

Zjeżdżam z Karpacza już po drugiej stronie, wszystko wygląda bardzo znajomo, od razu milej się jedzie. Kieruję się na Piechowice i Szklarską Porębę, później chciałem skręcić w prawo na 404 i coś mi się podyrdało a raczej ta moja mapa ma błędów co niemiara i zanim się obejrzałem byłem już na obwodnicy Jeleniej  Góry. Miałem trochę niesmak, że nie przy samej granicy, ni to się wracać, ni to co? Shipp nastraszył mnie, że to jeszcze kawał drogi do niego, no to jadę dalej, bo znowu wyląduję w środku nocy a tego bym nie chciał. Po drodze widzę znak na Sami Swoi, o których wspominał Wodzu.
Dotarłem do muzeum Kargula i Pawlaka w Lubomierzu, fajny stylowy ryneczek z zabytkowymi kamieniczkami. Niestety jest niedziela a w niedzielę turystów się nie szanuje i muzeum było czynne tylko do czternastej, a ja jestem godzinę później. Za to w dzień powszedni jest do szesnastej. Jedno pomieszczenie było otwarte, to sobie zobaczyłem chociaż to, za darmochę. {gallery}/luca2009/3/ij{/gallery}

Gadam z Shippem, który zaraz wyrusza w moim kierunku, mamy się spotkać gdzieś w okolicy Zgorzelca. Do Zgorzelca jednak nie dotarłem i Shipp przechwycił mnie już w Lubaniu a ja cierpliwie na niego czekałem, dając odetchnąć mojemu styranemu tyłkowi. Zjadłem wtedy resztki ukraińskich cukierków, które na drogę dostałem od mamy. Pochodziły z jakiegoś małego przygranicznego przemytu czy jakoś tak, niektóre były nawet całkiem dobre.
Shipp przyjechał z jakimś kolegą, który dobrze zna okolice i poprowadzi nas do zamku Czocha. Do zamku było niedaleko to zalecieliśmy w mgnieniu oka. {gallery}/luca2009/3/k{/gallery}

Zamek powala grozą już na samym początku, ma coś w sobie takiego tajemniczego, co wywołuje lekki dreszczyk. Chyba z polskich zamków podoba mi się najbardziej, no i te podziemia muszą być w dechę. Ciekawe, czy motocyklem dało by się po nich pojeździć?{gallery}/luca2009/3/l{/gallery}

Z tą jazdą motocyklem po podziemiach oczywiście żartuję. W zamku nie było dużo turystów, bo przyjechaliśmy tuż przed zamknięciem, ale dzięki temu można było sobie połazić zupełnie za darmo. Nawet Shipp, w końcu tubylec był tym faktem mocno zdziwiony.
Dzień szybko uciekał, więc pora lecieć dalej, kolega Shippa poleciał w swoją stronę a my w kierunku Cisa.
Shipp zaproponował zamianę na motongi a mi w to graj, w końcu przejażdżka DS. 1100 samego Wodza to nie byle co. Shipp dosiadł mojego Jelonka i jedzie przodem, ja za nim. Droga wąska i kręta, ale asfalt pierwsza klasa. No i Shipp spylił mi tą moją 250-tką, co go dogoniłem na prostej to mnie odstawił na zakrętach. Bałem się trochę kłaść to bydle na winklach, żeby mi nie uciekło albo, żebym przypadkiem czymś nie przytarł o nawierzchnię bitumiczną. Po prostu na winklach nie miałem najmniejszych szans, choć pod manetką mocy było kilkukrotnie więcej. Motorek się prowadzi super i przyjemność jazdy jest duża ale w winklach miałem trochę stracha.
Po drodze jeszcze przeciskaliśmy się przez jakiś wiejski festyn i byłem cały mokry, zalany potem manewrując 300kg bydlakiem, między puszkami i pieszymi, nie zawsze trzeźwymi, by przypadkiem nie drasnąć wypieszczonego indiańskiego rumaka.
No i tak szalejąc po lokalnych drogach dojechaliśmy do bardzo starego Cisa, najstarsza roślinka w Polsce, około 1200-1500 lat, którą kiedyś Kozacy chcieli ściąć szabelkami, ale im na szczęście się to nieudało i możemy podziwiać Cisa do dnia dzisiejszego. Zawsze myślałem, że Dąb Bartek w świętokrzyskim jest najstarszy a tu okazuje się, że wcale nie, jest starsze drzewko. No, ale w sumie cis to nie drzewko, tylko krzew, ale ten był wielkości niezłego drzewa a nie jakiegoś tam krzaka. {gallery}/luca2009/3/mn{/gallery}

Cis zobaczony a nawet dotknięty, to można sypać dalej, ostatni punkt programu hacjenda Shippa.
No to jedziemy, ja już na swoim Jelonku a droga się robi coraz gorsza i gorsza. Tak trzepie, że zaczynają wylatywać wszystkie plomby z zębów. Droga prosta przez piękny las a w takim stanie, że nie da się opisać. Mój i tak obolały tyłek tak dostał w tyłek jak nigdy w życiu, czułem się jak by mi ktoś przez półtorej godziny walił łopatą w zadek bez opamiętania.
To była najgorsza droga główna, jaką jechałem na całej trasie dookoła Polski.. Były jeszcze gorsze drogi, ale to były boczne lokalne dróżki, to im nie mam tego za złe, ale główna droga w takim stanie to tylko u nas w Polsce.
W końcu jednak dojechaliśmy na miejsce do Potoka koło Przewozu, jeszcze po drodze na chwilkę zajechaliśmy do Niemcowni.
Żonka Shippa już czekała na nas z gorącymi szaszłykami i innym smacznym dobrodziejstwem. Po prysznicu w kosmicznej kabinie, niczym z Gwiezdnych Wojen, zasiadłem w mięciutkiej kanapie na werandzie zajadając smakołyki i tak posiedzieliśmy sobie z Shippem, gdzieś do trzeciej nad ranem, wspominając stare dzieje.

Podsumowanie:
Tego dnia przejechałem zaledwie 294km, niby niewiele, ale za to sporo pozwiedzałem.
To w jakim stanie był mój tyłek jest nie do opisania, ale banan na twarzy długo się utrzymywał.
Jelonek jak zawsze spisał się bardzo dzielnie dowożąc mnie bezpiecznie aż tutaj.

 


Dzień czwarty (poniedziałek 13.07.2009)

Budzę się rano i ciężko mi się podnieść,  bo tak się wczoraj objadłem, że trzyma mnie do teraz.Mała kawusia z pysznym ciasteczkiem i mogę ruszać dalej. Jeszcze tylko, jak co rano, nasmarować łańcuch i w drogę. Namawiam Shippa by śmignął ze mną na swojej Viście, jak za starych dobrych czasów, ale coś mu tam olej ślączy po wizycie w serwisie i wybiera Draga. Ruszamy z samego rańca w stronę jednostki wojskowej, w której pracował Shipp, a potem Wieża Głodowa w Przewozie. {gallery}/luca2009/4/ab{/gallery}
Brat zagłodził brata, jeden sobie imprezował na dole a drugi umierał w tym czasie z głodu i pragnienia - stąd nazwa Wieża Głodowa. Potem jedźiemy zobaczyć ruiny Kościóka z XII wieku w Straszowie. {gallery}/luca2009/4/c{/gallery}

Lecimy dalej do lasu siejącego grozą, w którym jest pełno pozostałości po fortyfikacjach niemieckich z czasów II Wojny Światowej. W lesie pełno jest pozostałości po jakichś bunkrach, barakach, okopach, są jakieś hale podziemne, studnie i niewiadomo, co jeszcze.
Trzeba uważnie patrzeć gdzie się stawia stopę, bo można wpaść w czarną jamę lub stanąć na jakichś niewypał. {gallery}/luca2009/4/defg{/gallery}

Za nic w świecie nie wszedłbym do tego lasu po zmroku. Ponoć jest jeszcze takie miejsce, w którym od wielu lat nic nie rośnie, goła ziemia. Promieniowanie, czy nasączona gleba chemią, kto to może wiedzieć? Tam jednak nie chciało się nam iść, bo słoneczko przypiekało czarną motocyklową skórę niemiłosiernie. Najlepsze jest to, że do tego lasu prowadzi cały czas droga brukowana, ukryta tak, że na pierwszy rzut oka wcale jej nie widać.
Lecimy dalej w stronę granicy niemieckiej w Łęknicy. Sporo bazarów, ale nic ciekawego nie widać to zawracamy i sypiemy na Żary. Po drodze podziwiamy piękno leśnej przyrody, czasem skąpo odzianej. Po jakimś czasie słyszę dziwne dźwięki w okolicy mojego przedniego koła, zaniepokojony staram się ustalić, co to jest. To nasi kochani drogowcy rozsypują czarne mało widoczne kamyczki chcąc załatać nimi dziury w jezdni. Najpierw leją smołę a na to dwie szufelki kamyczków i udają, że dziury już nie ma. Takie triki to tylko u nas, dobrze, że nie musiałem awaryjnie hamować,   bo pewnie bym niewiadomo kiedy leżał. Nawet żadnego znaku ostrzegawczego o takim niebezpieczeństwie nie ustawili. Za chwile łup, coś walnęło mi w kask, co jest? Jadę obserwując uważnie teren i widzę jak Shippowi z tylnego koła wystrzeliwuje niczym pocisk, spory kamień w moją stronę. Spada po łuku niczym kula armatnia na jezdnię i odbija się niczym ping-pong i łup!  Znowu dostałem w kask, tym razem w szybkę, uderzenie było tak silne, że w pierwszej chwili myślałem, pewnie rozwaliło mi kask. Na postoju znalazłem wgniecenie na szybce i to w miejscu oka. Na szczęście szybka wytrzymała, niby niepękająca, ale kto ich tam wie jak jest naprawdę i ile wytrzyma taka szybka? Pewnie jak by nie ona to z moim okiem nie było by wesoło.
Dojechaliśmy do Żar a tam żar z nieba się leje, słoneczko świeci pełnym blaskiem. Ja schowałem się w cieniu a Shipp poszedł obrobić najbliższy bankomat.Podziwiam piękny pałac Bibersteinów-Promnitzów, niestety bardzo już zaniedbany i jak nikt w niego nie zainwestuje to nieodwracalnie popadnie w trwałą ruinę. {gallery}/luca2009/4/h{/gallery}

Lecimy dalej w stronę granicy na Gubin, potem na przeprawę promową przez Odrę w Chlebowie.
Niestety z przeprawy nici bo jest zbyt wysoki poziom Odry i prom nie kursuje.
Bardzo sympatyczny i wyluzowany dziadziuś kieruje nas wzdłuż Odry na Krosno Odrzańskie. Trochę mu niedowierzamy, bo droga jest straszna wielkie kocie łby ale dziadek obiecał, że dalej będzie asfalt i faktycznie jest. Nowiutki wąski, typowo motocyklowy asfalt wijący się lasami, łąkami wzdłuż rzeki. Swojskie klimaty, ludzie w małych zapomnianych miejscowościach wyluzowani uśmiechnięci, machają do nas, pogoda idealna, po prostu jest zarąbiście. Po jakimś czasie asfalt się trochę psuje, ale nadal można swobodnie łapać wiatr we włosy. Takie swojskie klimaty towarzyszyły nam aż do Krosna, po drodze minęliśmy może ze trzy samochody. Uwielbiam taką jazdę w takim klimacie i Wodza też urzekło, ma niedaleko to pewnie będzie tu częściej zaglądał.
W Krośnie przyszła pora rozstania, Shipp wraca do siebie a ja lecę dalej. Gdy zatrzymaliśmy się niedaleko naszych dróg rozstajnych, momentalnie zostaliśmy otoczeni przez lokale.
A ile te motory, a ile wyciągną, a ile palą itp., itd.? W końcu padło pytanie , który lepszy?
Ku mojemu zdziwieniu mój Jelonek został okrzyknięty, że jest lepszy, myślałem, że wybuchnę śmiechem, ale robiłem co mogłem by zachować powagę.
Oczywiście było wspominanie na temat starych czasów SHL-ek, WSeK i Junaków. Jeden z lokali nawet chwalił się, że jeździł, ale zabrali mu prawko za prowadzenie roweru na gazie.
Shipp już pojechał a ja kończę się szykować do drogi i zakładam moją kamizelkę z napisem POLICE. Lokal, ten któremu zabrali prawo jazdy odskoczył krok do tyłu i zbladł.
Słyszę jak pod nosem mówi o kur… Tłumaczę, że to nie POLICJA tylko POLICE, w tej samej chwili dwie stojące obok, lokalne babki czytają na głos mój napis z przodu ,,Zakłady Azotowe w Policach” i jak wszyscy parsknęli śmiechem, kobitki mało się nie pokładły na płytkach chodnikowych ze śmiechu. Lokal, ten bez prawka najpierw zdębiał a jak załapał o co chodzi, to brechtał do upadłego.
No i w takiej atmosferze odjechałem w dalszą drogę ubawiony po pachy.
Do Słubic dotarłem błyskawicznie bo dobra droga , było chyba nawet widać Frankfurt, ale do Niemcowni już nie chciałem, więc poleciałem do góry trasą 31 i wylądowałem w Kostrzyniu nad Odrą. {gallery}/luca2009/4/i{/gallery}

Atmosfera sielankowa aż się chce zostać dłużej i trochę pomoczyć nogi w rzece, ale nie po to tu przyjechałem, zatem wsiadam i jadę dalej w stronę Szczecina. W Mieszkowicach odbijam w lewo, jak najbardziej granicy i ląduję w Czelinie. Dziura jakich mało, na niektórych mapach nawet tej miejscowości nie ma, ale fajnie jest. Wiocha zapomniana przez ludzi, ale Kościółek zadbany i nawet maleńka szkoła jest. {gallery}/luca2009/4/jk{/gallery}

O takie klimaty mi właśnie chodziło, potem trochę błądzę bo rzeczywistość nijak ma się do mojej mapy. Trafiam na dwóch Niemców na motorach BMW i już zupełnie nie wiem gdzie jestem, czy to jeszcze Polska, czy już nie?
W takich sytuacjach jedzie się na azymut i przeważnie to pomaga. Trafiłem do Morynia. {gallery}/luca2009/4/l{/gallery}

W Moryniu jest gdzieś zamek, ale niestety nie da się wejść bo jest już w rękach prywatnych a nowy właściciel nie przepada za turystami, to kieruję się na Cedynie, Chojnę i Gryfino.
W Szczecinie byłem przed 21 i było jeszcze odrobinę czasu by polecieć dalej. {gallery}/luca2009/4/m{/gallery}

Jadę sobie wzdłuż Stoczni Szczecińskiej, dziury straszne, ale Jelonek dzielnie mknie do przodu, następny postój to POLICE. {gallery}/luca2009/4/n{/gallery}

Odkąd mam tą kamizelkę to zawsze chciałem tu przyjechać i w końcu się udało.
Słoneczko zachodzi a ja jeszcze bym chciał dojechać do końca mapy. Może już nie być drugiej takiej okazji to jadę. Na mapie wyglądało blisko a w rzeczywistości było ponad 50km w jedną stronę, ale na zachód słońca nad Zalewem Szczecińskim jeszcze zdążyłem. {gallery}/luca2009/4/o{/gallery}

Po lewej ziemia niemiecka a na wprost Świnoujście.
Telefon do żonyi i trzeba wracać, bo mnie ciotka w Szczecinie udusi, jak przyjadę w środku nocy.
Z powrotem nie jechałem tą samą drogą, tylko odbiłem jak najbliżej granicy na Tanowo, Pilchowo i w kompletnych ciemnościach, około godz. 23 byłem na miejscu.

Podsumowanie:
Przejechałem  545km, pod koniec dnia zmęczenie już zaczęło się odzywać.
Jinlun znowu spisał się na medal i jakby nawet silnik zaczął ładniej pracować.

cd.

 
Copyright © Klub Chińskich Motocykli - 2010 (design Agnes
)