Wielka wyprawa Shippa (2008) - relacja Luca cz.2
Spis treści
Wielka wyprawa Shippa (2008) - relacja Luca cz.2
Dzień siódmy
Dzień ósmy
Dzień dziewiąty
Dzień dziesiąty
Wszystkie strony

Dzień szósty (Czwartek 07.08.2008)

Obudziłem się wcześnie rano i słyszę, że sąsiedzi jeszcze mocno śpią to co będę sam wstawał, tak będę leżał. Po chwili znowu zmorzył mnie sen. Moje spanie obudził krzyk Nocka,. Co on tak krzyczy z rana, nic nie mogę z tego zrozumieć, wychylam głowę z namiotu a on mówi, że złodzieje. Rozglądam się, nikogo nie ma, to go pytam, czy jaja sobie robi z rana a on na to, że nie i że złodzieje byli. Wszyscy powyskakiwali z namiotów a Nocek cały zdyszany mówi, że budzi się rano i patrzy jak ktoś wisi nad nim i grzebie mu w portfelu. Gdy krzyknął, złodziej rzucił mu portfelem w twarz i zabrał się do ucieczki. Nocek niewiele myśląc wyskoczył z namiotu i tak jak spał pobiegł boso po mokrej od rosy trawie za złodziejem. Niestety bose nogi na mokrej trawie nie mają dobrej przyczepności i Nocek nie był w stanie dogonić złodzieja, gdy w końcu wyostrzył mu się wzrok po śnie to zauważył przed tym złodziejem biegnących jeszcze dwóch rabusiów, którzy zaraz wskoczyli do bordowego Opla. Opel ruszył z kopyta a ten ostatni złodziej wskoczył w biegu do jadącego samochodu, jak na gangsterskich filmach. Bosy Nocek był już bez szans, do tego było za daleko by odczytać rejestrację samochodu i tak złodzieje odjechali. Nocek wrócił do namiotów i wtedy właśnie nas obudził. Wstaliśmy wszyscy i każdy sprawdzał, czy mu nic nie zginęło. Nockowi na szczęście złodziej nie zdążył nic zabrać ale dwóch z nas niestety okradli ze wszystkich dokumentów, kart i pieniędzy.

Złodziei było czterech, jeden siedział w samochodzie a trzech nas okradało. Wszyscy to byli ciemnoskórzy Cyganie.
Okradzieni zaraz zadzwonili do kraju by poblokować karty. Ja poszedłem do stróża, który pilnował knajpy zapytać, czy coś widział. Okazało się, że samochód zajeżdżający na dolny parking widział i wychodzących z niego ludzi ale nie przypuszczał, że to złodzieje i że pójdą nas okraść. Poprosiłem go by zadzwonił na policję. Policja przyjechała po jakichś 15 minutach i wysłuchała całej relacji. Drugi policjant poszedł też porozmawiać ze słowackim stróżem. Funkcjonariusze spisali dane poszkodowanych i odjechali. Po jakichś 30minutach przyjechali znowu z kwitami, na które osoby okradzione mogą się poruszać.
Niezły kwas z samego rana, kto by przypuszczał, że nocleg w tym pięknym miejscu tak się skończy. W pierwszej chwili chcieliśmy wracać do kraju i zakończyć wyprawę ale jak emocje trochę opadły postanowiliśmy się nie dać i jechać dalej. Takie cygańskie złodziejaszki nie popsują naszej wyprawy. Ustaliliśmy, że reszta pomaga okradzionym i jedziemy dalej.
Po drodze rozglądaliśmy się, czy przypadkiem złodzieje nie wywalili gdzieś dokumentów do rowu. Niestety nic nie było i tak dojechaliśmy do Popradu. Tam w barze przy stacji benzynowej  zjedliśmy śniadanie. Humory trochę się poprawiły jak zobaczyliśmy obsługę stacji. Same pikne młode Słowaczki w przykusych szortach.
W oddali widać wysokie Tatry i tam postanawiamy się udać.

dz61

Są nawet tak ulubione przez nas serpentynki i wspinamy się ostro do góry. Krajobrazy zapierają dech w piersiach. Jak ktoś ma lęk wysokości to lepiej niech się tam nie wybiera.

dz62

Wspinamy się wyżej i wyżej aż do najwyższych partii gór ,do których można legalnie dojechać. Trafiliśmy na piękne miejsce przy jeziorku.

dz63

Jedziemy dalej, teraz prowadzi Lucjan, bo tu dawno temu był i zna trochę teren. Zaprowadził nas na kolejkę górską. Cjt7 aż się zaświeciły oczy z podekscytowania. Decyzja była szybka, zakładamy kaski i jedziemy wszyscy.

dzien6b

Po szaleńczej jeździe bez używania hamulców przyszła pora na małe conieco. Nie trzeba było szukać długo, zaraz przy kolejce była restauracja w stylu narciarskim z lat dwudziestych albo i jeszcze wcześniej. Zjedliśmy tam bardzo smacznie i już nie tak tanio bo pod samymi górami a okolica turystyczna kosztuje. Spotkał tez nas miły akcent ze strony właścicielki baru ,bo nie policzyła za posiłek naszym dwóm poszkodowanym. Było gratis na koszt firmy. To nie pierwszy raz, że cyganie kogoś okradli i sami Słowacy mają duży problem z nimi. Nie wszyscy są tacy ale spora część z nich to niestety złodzieje.
Jedziemy dalej rozkoszując się otaczającym nas pięknem. Asfalt w górach Słowacy mają bardzo dobry i można śmiało wykładać się w zakrętach. Lucjan po mistrzowsku przytarł dolny tłumik. Krajobrazy wokół nas są niesamowite. Kilka lat temu w Tatrach słowackich przeszła straszliwa burza, która wyniszczyła większość lasów w górach i teraz są przestrzenie połamanych drzew i tylko gdzieniegdzie ocalałe pojedyncze drzewka lub kawałki lasu. Pozostałą część zagospodarowały krzaki i kwiaty. Wszystko to robi niesamowite wrażenie i grę światła i barw a do tego te ogromne góry.

dzien6c

Większa część dnia upłynęła nam w Tatrach, pora ruszyć w kierunku Czech. Pogoda nam dopisuje, w wysokich górach jest trochę chłodniej ale na dole cieplutko i bardzo słonecznie.
Tyle co opuściliśmy Tatry a naszym oczkom znowu ukazały się piękne widoczki, bardzo podobne do bieszczadzkich. Spora ilość wijących się serpentyn w górach pokrytych bujną zielenią. Zakręt za zakrętem, góra za górą, już człowiek zaczął tęsknić za kawałkiem prostej.
Po dwóch godzinach zaczęło się robić coraz bardziej płasko ale nadal pięknie. Wypatrzyłem po drodze wóz opancerzony i można było nawet nim pojeździć ale niestety wiązało się to ze sporym upływem gotówki, której zbytnio już nie mieliśmy. Ruszamy dalej, nic tu po nas.

dzien6d

W pewnym momencie zostałem tylko z Cjt7, no to stajemy i czekamy na resztę. Coś ich nie widać to trzeba zawracać. Cjt7 położył sobie kask na motocyklu i przy wsiadaniu kask majestatycznie spadł na spory szpiczasty kamień. Jak pech to pech, kamień zrobił wgniecenie w kasku i małe pęknięcie na szybce. Cjt7 nie był zadowolony bo lubił ten kask. No ale reszty watahy nadal nie ma to jedziemy ich szukać. Daleko nie ujechaliśmy, zamelinowali się na pobliskiej żwirowni. Okazało się, że strzeliła jedna śruba w Romecie chyba Abu o ile dobrze pamiętam. Była to śruba trzymająca sanki pod silnikiem. Nie miało to większego strategicznego znaczenia i można było dalej jechać ale kilka śrubek było zabranych w zapasie to zanim zdążyliśmy dojechać z Cjt7 było już po wszystkim. Nowa śruba już trzymała przez resztę wyprawy. W przypadku gdy jest szczelina między mocowaniem sanek do ramy to przy skręceniu tego na siłę śruba potrafi strzelić. Wystarczy w tą szczelinę wsadzić podkładkę i dopiero skręcić a usterka już się więcej nie pojawi. Ważne, że jak do tej pory nic poważnego ze sprzętami się nie działo a wszystkie drobne mankamenty tylko urozmaicają naszą wyprawę, dzięki czemu każdy z nas czegoś nowego i przydatnego się nauczył. Sądzę, że mimo wszystko każdy z nas był miło zaskoczony, że przy ośmiu chińskich motocyklach tak naprawdę to nic takiego złego się nie dzieje, jadą do przodu nie grymasząc a o rozlatywaniu się w drobny mak, nie ma mowy. Mit, że te motocykle nadają się tylko do najbliższego sklepu po piwo można wsadzić między bajki.
Ruszamy szybko bo szkoda każdej chwili pięknego dnia.
Jedziemy i jedziemy przed siebie aż dotarliśmy do położonego za górami i lasami Słowackiego Morza.

dzien6f

Chwila przerwy na papieroska i panoramiczne foty. Był tez mały posiłek bo na brzegu rosła dzika jabłoń z całkiem dobrymi jabłkami, żal było nie skosztować.
Dzień zaczynał się już pomału chylić ku zachodowi a my mieliśmy jeszcze spory kawał drogi do przejechania. Dobrze, że sprzęty spisują się na medal i nie robią żadnych problemów.
Ujechaliśmy kawałek a tu znowu ciężko obojętnie przejechać i nie zrobić fotek. Piękny zamek idealnie wkomponowany w górę. Nazwy nie zapamiętałem, ale fotkę mam.

dzien6g

Tubylec poradził nam by w stronę granicy czeskiej pojechać skrótem ,ale niestety mimo usilnych starań nie udało nam się trafić na ten skrót i sypaliśmy główną aż do Żyliny.
Znowu prowadziłem peleton, po drodze był jakiś camping i bar dla motocyklistów ale ja go nie zauważyłem a chłopaki zamiast mnie zatrzymać to powiedzieli mi o tym dopiero w połowie drogi do Żyliny. Decyzja padła, że nie wracamy, tylko jedziemy dalej i na najbliższym campingu się zatrzymujemy. Niestety najbliższym campingiem okazał się camping w Żylinie a właściwie to gdzieś na dalekich peryferiach. Błądząc w nocy w końcu dotarliśmy do tego campingu. Okazał się niestety okrutnie drogi, co najmniej jak hotel czterogwiazdkowy. Każdy z nas wyciągnął całą kasę, którą posiadał ale niestety nie starczyło. Pani na recepcji była nieugięta i interesowała ją tylko gotówka. Korony albo euro, a my byliśmy biedni jak myszy kościelne. Cóż było robić, najbliższy bankomat był niewiadomo gdzie i jak daleko to postanowiliśmy jechać w kierunku granicy. Czeskich koron nam nie brakowało to tam się prześpimy na campingu - a co tam.
Około godziny 22 przekroczyliśmy w zupełnych ciemnościach granicę słowacko-czeską ale po drugiej stronie granicy pustki. Nigdzie nie ma kompletnie nic, żadnego campingu, hotelu, motelu , nic, pustynia jakaś, czy co? Do tego nowy czarny asfalt bez pasów a na takie zasieki to lampa w moim Jinlunie jest za słaba. Musiałem zwolnić do prędkości spacerowej by przypadkiem w coś nie wydzwonić. Reszta miała fajnie i złośliwie oślepiała mnie dodatkowo w lusterku a Andrzej ze swoimi lightbarami oślepiał najbardziej. Niestety to głównie ja nalegałem by jechać dalej to teraz mam za swoje.
Po kilkudziesięciu kilometrach od granicy blisko Cieszyna, znalazł się Motel. Jesteśmy uratowani, no to zajeżdżamy pod motel, kilku poszło się zapytać. Wracają z kwaśnymi minami, nie ma miejsc. Do tego pani w recepcji powiedziała, że o tej porze (zbliżała się północ) to nigdzie już nas nie przyjmą. No to ładne kwiatki, wpakowaliśmy się na całego, trzeba będzie jechać całą noc.
Niedaleko za motelem schowana była stacja benzynowa no to chociaż napijemy się kawy by nie zasnąć za kierownicą.
Pije sobie kawę i patrzę a tu przed stacją jest kawalątek trawnika z ozdobnymi krzaczkami, kurcze namioty powinny się zmieścić. Podzieliłem się pomysłem z Cjt7 ale on odebrał to sceptycznie, że na pewno pani na stacji się nie zgodzi.
Raz kozie śmierć i zapytam. Pani zrobiła wielkie oczy i mówi, że nie, że nie może. Ona pracuje do siódmej, a później przychodzi szef i by jej się oberwało. Pani się waha i w tym momencie wkroczył do akcji Cjt7 a ja poszedłem zobaczyć ten trawnik czy się faktycznie nadaje. Wracam do stacji i moim zmęczonym oczom ukazuje się uśmiechnięta pani a przed chwilą miała kwaśną minę i uśmiechnięty Cjt7, który mówi mi, że pani się zgodziła ale do godziny siódmej mamy już być spakowani. No to ja poprosiłem panią, że jak zaśpimy to niech o szóstej nas obudzi.
Poszliśmy z Cjt7 oznajmić dobrą nowinę pozostałym, było trochę marudzenia, ale w końcu wszyscy się zgodzili. No to nie tracąc czasu rozbijamy namioty.

dzien6h

Po rozbiciu namiotów coś by zjeść i z tym też nie było problemu. Gotowe buły nafaszerowane wędliną można było po wyciagnięciu z lodówki podgrzać w mikrofali i zjeść coś ciepłego, do tego ciepła kawusia a na koniec równie tanie jak na Słowacji piwo.
Kulminacją szczęścia był jeszcze prysznic z którego sympatyczna pani Czeszka pozwoliła nam skorzystać.
Z niepozornego miejsca na nocleg zrobiła się całkiem sympatyczna baza noclegowa i to całkiem za darmo.
Noc była ciepła bez kropelki rosy a wokoło grały świerszcze i od czasu do czasu przejeżdżał pociąg.
Po napełnieniu brzuchów i wieczornej toalecie przyszła pora na sen.
Cjt7 stwierdził, że nie chce mu się rozbijać namiotu i śpi pod gwiazdami. Noc była ciepła, niebo gwieździste to niech sobie śpi, może nam go całego nie ukradną w nocy? W końcu to kawał dobrze zbudowanego chłopa, trzeba by ze czterech by go ruszyć z miejsca.

dzien6i

Podsumowanie dnia szóstego:
Przejechaliśmy 440km
Trafiła się jedna mała usterka. Urwała się śruba M8 mocująca sanki pod silnikiem. Na szczęście nie miało to wpływu na bezpieczeństwo motocyklisty, czy prowadzenie sprzęta.


Dzień siódmy (Piątek 08.08.2008)

Szósta rano, wstajemy skoro świt tak jak obiecaliśmy. Słyszę, że coś Cjt7 krzyczy, łapać złodzieja, czy coś w tym guście. Odsuwam szybko namiot wystawiam głowę i widzę biegnącego Cjt7 prawie tak jak go Pan Bóg stworzył w kierunku dziadka, który starą Skodziną zajechał pod dystrybutor stacji benzynowej by zatankować. Dziadek stanął jak słup soli widząc biegnącego w jego kierunku Cjt7 i kto wie co by było dalej gdyby Cjt7 nie obudził się całkowicie tuż przed samym dystrybutorem. Połapał się, że coś tu ten nie teges, dziadek wygląda raczej na ciężko przerażonego niż na złodzieja, Skoda świeci pustkami w środku, Cjt7 zawrócił jak by nigdy nic w kierunku swojej gawry, tak jak by po prostu był na porannym bieganiu w niecodziennym stroju. Takim to echem odbiły się przeżycia z poprzedniego ranka. Cjt7 potwierdził, że wszystko ok., to i ja schowałem się do swojego namiotu bo też nie byłem wcale modniej ubrany od Cjt7 i lepiej nie było siać zgorszenia, zwłaszcza, że na stacji była kobieta. Dobrze, że nauczony wczorajszym doświadczeniem wiedziałem, że na noc w namiocie slipek lepiej nie ściągać, bo rano mogły by być niezłe jaja.  Wchodzę do namiotu a tam prawdziwa inwazja czarnych mrówek, były wszędzie i na wszystkim. Okazało się, że rozbiłem namiot w sąsiedztwie mrowiska. Krwawa walka trwała dobre 10 min z której wyszedłem nawet nie draśnięty. Mrówki oszczędziły mnie w nocy bo nie byłem nigdzie pogryziony.
Po porannym zamieszaniu szybko wstała cała reszta obozowiczów i o 6:30 byliśmy już spakowani i gotowi do drogi, teraz tylko śniadanko na stacji i jedziemy dalej.

1

W trakcie posiłku przyszedł właściciel stacji i ku naszemu zdziwieniu ucieszył go nas widok. Chyba dziewczynka ze stacji telefonicznie zdała mu relacje z naszej nocnej obecności pod stacją EASY.
Właściciel zrobił nam prawdziwą kawę (nie musieliśmy już pić tej z automatu), przyniósł ciastka i dotrzymywał nam towarzystwa interesującą rozmową. Mało tego przy tankowaniu udzielił jeszcze rabatu. Chyba wszyscy byli zaskoczeni, życzliwością jaka nas tu spotkała ,a mówią, że Czesi nie lubią Polaków.
Przed odjazdem zrobiliśmy sobie pamiątkowe, wspólne zdjęcie

2

Odjeżdżając przed stacją, zrobiliśmy rundkę honorową wokół zieleńca na którym spaliśmy przy włączonych klaksonach. Nocek siał największe spustoszenie bo jeszcze na Słowacji w Popradzie zakupił tubę wydającą z siebie różne przeraźliwe dźwięki i musiał się nią nacieszyć.
Dzień zapowiadał się znowu obiecująco no to sypiemy przed siebie, tam gdzie nas oczy poniosą. Kierunek Jiczyn i Skalne Miasta.
Jedziemy i jedziemy i jedziemy, teren płaski i w sumie nie ma co za wiele podziwiać, od czasu do czasu trafiały się ciekawsze obiekty, na których można było oko zawiesić.
Około południa zaburczało nam w brzuchach to trzeba było coś przekąsić w miłej knajpce.
Haluszki z kapustu palce lizać. Syci i już odrobinkę zmęczeni jedziemy dalej. Przed samymi górami zaczęło się ściemniać, Nadciągnęły ciężkie czarne chmury. Zaczęła się ulewa. Powskakiwaliśmy w stroje przeciwdeszczowe i dalej w drogę. Leje, leje i leje coraz bardziej. Obok drogi natrafiliśmy na jakąś budowlę, ni to przystanek ni to co, trzeba się schronić i trochę poczekać bo przemakamy. Weszliśmy wszyscy i było nawet miejsca na kilka motorków, reszta stała i mokła. Mija prawie godzina a tu dalej leje, ileż można. Raz kozie śmierć, jedziemy dalej. Przed nami coraz większe górki ze sporymi serpentynami a tu leje. Prowadził Shipp a ja jako żółty człowiek (kolor mojego kondonka) zamykałem peleton. Shipp jak widział żółtą plamę w lusterku to wiedział, że są wszyscy. Pierwsza serpentyna, druga a chłopaki wcale nie zwalniają, jadą jak na suchym asfalcie. Kurcze, myślę sobie, zaraz któryś z nas będzie tu leżał, ślisko, mokro a my tak zapier...papier. Ale niee, ale niee, nic takiego się nie stało. Oponki trzymały się tego mokrego asfaltu jak nigdy, jakiś lepszy asfalt niż u nas, czy co? W końcu przestało padać i pojawił się suchy asfalt, to najwyższa pora ściągnąć przeciwdeszczówki i wysuszyć na wietrze to co przemokło.
Po godzince jazdy Shipp się zatrzymuje od prędkości 100km/h i wyżej coś zaczyna mu się z przodu nabijać, tak jak by jakiś luz był, czy co. Okazało się faktycznie, że ma luz na przednim kole. Trzeba było to rozebrać i zobaczyć co jest grane. Niestety to łożysko, całe pordzewiałe w środku. Odczytałem symbol i chłopaki podskoczyli do pobliskiego sklepu z łożyskami po nowe. Niestety sklep już od pół godziny był zamknięty, trzeba było pomyśleć nad czymś innym. Rozebrałem wszystko dokładnie i okazało się, że łożysko nie jest zużyte, tylko jakaś siła rozerwała koszyk w jednym miejscu. Dlatego zrobił się luz a jak był luz to wytarło uszczelniacz, dostała się podczas deszczu woda do środka, wypłukała smar i łożysko zardzewiało. Mi się wydaje, że to łożysko się samo nie rozleciało tylko to już się stało wtedy gdy Shipp rok temu miał mały incydent z puszką. Koszyk udało się zregenerować przy pomocy kawałka plastiku wyciętego z zakrętki butelki. Nocek stary ciężarowiec wygrzebał trochę smaru ze stojącej obok ciężarówki i koło gotowe do dalszej jazdy. Luz się znacznie zmniejszył ale jednak nadal był, całkowicie nie udało się zlikwidować. Ważne, że łożysko nie pracuje już na sucho tylko ma smarowanie. Na tym patencie Shipp spokojnie przejechał resztę wyprawy. Dzień się chylił ku zachodowi a my dopiero dojechaliśmy do Jiczyna. Pora pozwiedzać trochę.

3

W Jiczynie jest całkiem ładna starówka, jest i wieża zegarowa identyczna jak w bajce o Rumcajsie. Trafiliśmy też na ryneczek po którym przechadzał się kiedyś Rumcajs, z sukiennicami i fontanną taką jak w bajce.

4

Mimo usilnych poszukiwań Rumcajsa nigdzie nie można było go spotkać, były tylko powywieszane za nim listy gończe

5

Zamiast Rumcajsa, Cjt7 wypatrzył jakiś ciekawy wehikuł czasu.

6

A może to jest właśnie pojazd Rumcajsa i wystarczy tylko na niego zaczekać?
Niestety my nie mieliśmy na tyle czasu, bo do Bubera był jeszcze spory kawałek drogi. Na mapie nie wyglądało to daleko ale rzeczywistość udowodniła nam co innego.
Szybko zrobiła się noc a my jedziemy i jedziemy, żeby było jeszcze śmieszniej to góry robiły się coraz większe z mnóstwem serpentyn. Zakręt za zakrętem, mieliśmy już serdecznie dość winkli, żeby tylko kawałek prostej. Prowadzący Shipp zwolnił do 60km/h a ja zamykałem peleton i tak jedziemy i jedziemy, ciemno, winkle do góry i winkle na dół, robi się coraz zimniej. Górskie ostre powietrze zaczyna się wdzierać do bielizny ale my twardo dalej jedziemy. W pewnym momencie patrzę a tu niektórzy z nas zaczynają pływać po drodze, zasypiają na żywca, no to rura, doganiam Shippa i krzyczę do niego by się gdzieś zatrzymał bo za chwile któryś z nas wyląduje w rowie. Na szczęście było to już przed samą granicą i po kilku minutach Shipp zarządził postój. Nocek wściekły zsiadł z motocykla i krzyczy wymachując kaskiem, że on to wszystko pier…papier. Przy takiej wolniej jeździe można zdechnąć, wszystkie dotychczasowe lekcje już dawno szlak trafił! Krzyczał , że nigdzie dalej nie jedzie i, że tu będzie leżał, spoglądając w kierunku przydrożnego rowu. Oho, za chwile to ja dostane tym kaskiem bo to głównie moja wina, że tyle jedziemy bo to nie ukrywając się głównie ja namawiałem, by jechać dalej zamiast szukać gdzieś campingu w Czechach. Myślałem, że lepiej spać w pewnym miejscu u Bubera niż by się miała powtórzyć sytuacja z campingu na Słowacji. Czeskich koron już nie mieliśmy, tylko karty i złotówki. Nocek jak już się wykrzyczał to zaczął żartować i napięcie trochę opadło. Ożywił tym pozostałych dając nowe siły do dalszej jazdy. Na szczęście już nie było daleko, za parę metrów ukochana Ojczyzna, a do Bubera rzut kamieniem, jakieś 30km.
No to zjeżdżamy z góry, a po polskiej stronie tyle co przeszła burza, wszystko zlane solidnie wodą, asfalt czarny i mokry, na szczęście Shipp znał drogę do Bubera i nie trzeba było długo błądzić.
Na miejscu byliśmy po północy, Buber już myślał, że nie przyjedziemy, ale dotarliśmy cało i zdrowo, choć zmarznięci na kość.
Zaprosił nas wszystkich do swojego domu, tylko ja w obawie przed ewentualnym nocnym odwetem, zamęczonych jeźdźców na mojej skromnej osobie, wolałem spać w namiocie. Jeszcze by mi zrobili jakąś zieloną noc albo co, moje M1 mi wystarczy. Tyle co rozbiłem namiot, rozpadał się ulewny deszcz i film mi się urwał podczas pompowania poduszki w karimacie.
Byłem zmęczony ale szczęśliwy, w końcu jakieś konkretne wyzwanie.

Podsumowanie dnia siódmego:
Przejechaliśmy 505km
Z usterek to będzie rozlatujące się łożysko w przednim kole Yuki ale daliśmy sobie radę.
No i pod koniec tłumik w Romecie Abu zaczął się nabijać, Andrzejowi też od jakiegoś czasu dzwoniła stożkowa osłona przy dolnym tłumiku.


Dzień ósmy (Sobota 09.08.2008)

Pranek w Karkonoszach przywitał mnie deszczem. Noc była bardzo zimna ale namiocik nie przemókł. Robali w środku o dziwo nie było, tylko jakiś gigantyczny ślimak wdrapywał się na mój namiot, ale to po zewnętrznej stronie. Zaczęło się wypogadzać to pora wstawać. Zanim zdążyłem się ubrać to Cjt7 dotarł ze świeżutkimi bułeczkami z pobliskiego sklepu. Na śniadanie była zupka chińska jak na prawdziwego chinersa przystało ze świeżutką bułeczką posmarowaną masełkiem.
Dom Bubera położony był w malowniczym miejscu, między górami i do tego jeszcze to czyste górskie powietrze.

d8_1

Abu poszedł zobaczyć w dziennym świetle co też dzieje się z jego tłumikiem. Odkręcił śrubę mocującą a tu cały tłumik spadł na ziemię. Pod wpływem drgań wzdłuż spawu puściła blacha łącząca tłumik z rurą od kolektora. Abu odpalił swojego sprzęta bez rury i od razu na jego ustach pojawił się uśmiech. Motocykl chodził jak rasowy Harley. Stwierdził, że wcale nie będzie zakładał tej rury, tak będzie teraz jeździł. Oba wydechy są połączone pod silnikiem to spokojnie nic złego się nie będzie działo z silnikiem i można śmiało śmigać bez jednej rury. Stożkową osłonę przymocowaliśmy przy pomocy opasek i wydech nabrał rasowego wyglądu, jak by właśnie taki miał być od urodzenia. Nie musze już wspominać, że od tej pory wszystkie laski oglądały się tylko za Abu. Motorek zyskał dodatkowej mocy a przy zjeździe z góry jak się zrobiło przygazówkę, a później zamknęło przepustnicę to strzelał z wydechu, jak stary wyjadacz na zlocie.
Została jeszcze dzwoniąca osłona w Romecie Andrzeja. Buber miał kolegę, u którego w komfortowych warunkach mogliśmy pospawać tą osłonę.
Niestety jak się później okazało nie na długo to pomogło, pod koniec dnia znowu szczep puścił. Przypuszczam, że ta przypadłość dolnych tłumików w Romecie spowodowana jest tym, że silnik zamocowany jest na tulejkach stalowo-gumowych i siły od drgania skupiają się właśnie na dolnym tłumiku rozwalając miejsce mocowania rury z tłumikiem. Blacha tam ma ze 2mm grubości a i tak pęka. W Jinlunach gdzie silniki są mocowane na sztywno nic takiego z tłumikami się nie dzieje. Przynajmniej do tej pory nie zetknąłem się z tą przypadłością.

d8_2

Na pierwszym zdjęciu silnik od Rometa wygląda jak by miał conajmniej z 1000 pojemności.
Dołączył do nas ojciec Bubera na Virago, bardzo ciekawa osobowość. Można było z nim rozmawiać godzinami. Dzień robi się coraz ładniejszy po deszczowej nocy i Buber prowadzi nas do Karpacza. W pierwotnym planie mieliśmy jechać z powrotem do Czech by zobaczyć skalne miasta, na które brakło wczoraj czasu, ale że zmęczenie po wczorajszym dniu dawało trochę w kość to wybraliśmy krótszą trasę z dużą ilością zwiedzania. Winkli mieliśmy powyżej uszu to dzisiaj lansik po okolicy.
W Karpaczu trzeba było trochę przejść z buta by zobaczyć osobliwą Świątynię Wang.

d8_3

Chwila dla fotoreporterów uwieczniających tą ulotną chwilę.

d8_4

d8_5

Humory jak widać dopisywały na całego, ci co mieli niedosyt zwiedzania we wczorajszym dniu, dzisiaj mogli to sobie odbić z nawiązką

d8_6

W oddali zza chmur wyskoczyło na Śnieżce schronisko. Wygląda jak by ufoludki tam wylądowały, a nie, że to górskie schronisko. Podczas burzy z piorunami musi tam być czadowo.
Buber prowadzi nas dalej przez Jelenią Górę i w pewnym momencie moje plecy mnie wyprzedziły, patrzę w lusterko a tu nikogo więcej nie ma. Liczę wszystkich jadących przede mną , cholera doliczyłem się tylko ośmiu, dwóch brakuje. Wszystko dobrze jak jedziemy prosto przez miasto, ale Buber skręcił w lewo na skrzyżowaniu a peleton za nim. No to ja zostaje na krzyżówce czekając na maruderów, nie mylić z marauderami . Patrzę a na następnej skręcają w prawo i nikt nie został by pokazywać dalszy kierunek jazdy. Zostałem sam, no nic pewnie się zaraz skapną, że jest nas mniej i ktoś zawróci. Czekam dobry kawał czasu a tu nikogo nie ma, nikt nie zawrócił ani też nie przyjechało tych dwóch co zaginęło.
Za chwile i mnie tu trzeba będzie szukać. Jestem bez mapy a co lepsza to moja komórka właśnie się ładuje u Bubera w chacie. Zginę tu jak ciotka w Czechach. Zaczęły mnie już ponosić nerwy, odpaliłem maszynę i ruszam w pościg za peletonem. Ile wtedy przepisów nałamałem to sam nie wiem (pewnie w swoim czasie coś przyjdzie z fotoradarów). Jadę po krzyżówkach na czuja instynktownie i udało się są zobaczyłem koniuszek ostatniego motocykla no to rura środkiem między puszkami. Dogoniłem ich i trąbię, chłopaki ładnie ustępują mi miejsca, został tylko Shipp równolegle jadący na jednym pasie z Buberem, który prowadził. Widzę, że Shipp odsuwa się od Bubera robiąc mi miejsce, no to się wciskam by Buberowi powiedzieć, że dwóch od dłuższego czasu brakuje i trzeba ich poszukać a tu nagle Shipp delikatnie odbił na prawo i zahaczyłem gmolem o jego prawy kierunkowskaz.. było głośne chruzzz i kierunkowskaz zrobił ładną dziurę w kufrze Yuki Shippa. Shipp się na mnie drze, gdzie się ryje! W pierwszej chwili myślałem, że ja spokojny człowiek mu lutne za takie triki na drodze ale się szybko opanowałem, że to przecież moja wina i wrzeszcze do niego, że mu odkupie nowy kufer. No i tak sobie krzyczymy na siebie, a Shipp dalej się nie usuwa, mi ciągle rośnie ciśnienie. Buber widząc co się dzieje zwolnił i zrównał się ze mną, wtedy mogłem mu wyjaśnić na czym polega problem.
Zajechaliśmy na parking pod Lidlem, Buber pojechał szukać zaginionych a my z Shippem mieliśmy chwile by dokończyć to co ja zacząłem. Okazało się, że Shipp wcale mnie nie widział, że się chcę wcisnąć ani nie słyszał mojego klaksonu i to tylko czysty przypadek, że na chwile oddalił się do Bubera a potem odrobinę przybliżył i wtedy ja zahaczyłem o jego kierunek. Zrobiło mi się głupio i chciałem odkupić Shippowi ten przeklęty kufer albo chociaż dać kasę na naprawę ale Shipp chciał tylko trzy piwa i będzie po sprawie. Niemniej jednak było mi głupio przez cały następny dzień. To nie w moim stylu taranować komuś motocykl.
Jedzie i Buber ze zgubami a za nim Nocek i Andrzej. Okazało się, że Nocek herbu ciężka noga wciskając biegi urwał mocowanie cięgna zmiany biegów i nie chciał piłować całej drogi na dwójce. Szybko sobie jednak z Andrzejem poradzili i zanim Buber zdążył do nich dojechać to już cięgno było pospawane u przypadkowo napotkanego spawacza.
Wszystko dobrze się skończyło, tylko ten rozwalony kufer Shippa gryzł moje sumienie.
Nie wiem, czy to zmęczenie, czy co, ale jak by wszyscy zastosowali się do lekcji jazdy po mieście, wygłoszonej przez Shippa w Barejowie to oszczędziło by mi to sporo niepotrzebnych nerwów i plamy na honorze.
Nie ma to tamto, jedziemy dalej wąską krętą drogą stromo do góry aż na sam szczyt, gdzie znajduje się malowniczo położone lotnisko Aeroklubu Jeleniogórskiego.

d8_7

Z lotniska rozciąga się panoramiczny widok na całą jeleniogórską okolicę.

d8_8

Na lotnisku właśnie kołował ANtek. Ojciec Bubera jest pilotem i instruktorem, w szkole lotniczej. Zna wszystkich w Aeroklubie i zaraz poprosi swojego kolegę, który właśnie siedzi za sterami ANtka i będziemy latać. Niestety w momencie kiedy kończył to mówić samolot nam odleciał bezpowrotnie a tak niewiele brakowało by pozwiedzać karkonoskie przestworza.
Obok lotniska jest fajna knajpka w której napełniliśmy nasze układy pokarmowe przed wyruszeniem w dalszą drogę.
Jedziemy dalej wąską krętą dróżką w kierunku poniemieckiej zapory. W pewnym momencie na ostrym wąskim zakręcieCjt7 niepotrzebnie testował efektywność swojego przedniego hamulca co zaowocowało chwilą relaksu w miękkim igliwiu. Na szczęści Cjt7 nic złego się nie stało a motocykl tylko odrobinę oberwał. Pękła obudowa lampy, owiewka się rozleciała w drobny mak i pęknięcie na szybce kasku weszło w stadium bardziej zaawansowane.
Była chwila strachu a wyszło tak jak by Cjt7 odrobinę się zmęczył i postanowił odpocząć w miękkim igliwiu razem z Jelonkiem. Najlepsze było to, że motocykl po tym kosmetycznym zabiegu tylko zyskał na wyglądzie.

Nie tracimy czasu i jedziemy dalej. Po drodze mijamy zabytkową stację PKP lądujemy na również zabytkowej zaporze, zrobionej całej z bloków kamiennych. Prawdziwy majstersztyk. Zasuwy napędzane ręcznie działają bezbłędnie do dnia dzisiejszego.

d8_9

d8_10

Po jakimś czasie do naszego klubu dołączyła nowa członkinia, która przyjechała również na chińskim motocyklu. Nockowi tak się ten sprzęt spodobał, że postanowił się zamienić.

d8_11

Dnia jeszcze trochę zostało to nasz  przewodnik nie marnuje czasu i prowadzi nas w kolejne interesujące miejsce. Perła zachodu  położona w malowniczym otoczeniu wody i leśnej zieleni ukazała się naszym oczom. Ciekawe jakie było pochodzenie tej nazwy, może ze wzglądu na wszechobecne, panujące piękno?

d8_12

 

Na dole jest wąska kładka prowadząca na drugi brzeg a obok stoi chyba zabytkowy hotelik  z wieżą, która nosi tą dumną nazwę Perła Zachodu. Mam nadzieje, że nic nie pokręciłem i to co pisze jest zgodne z prawdą. Chłopaki podziwiają widoki z góry a ja postanowiłem zwiedzić kładkę i zobaczyć jak to wszystko wygląda z perspektywy raka siedzącego w tym jeziorku.

d8_13

Kładka była bardzo już leciwa, deski trzeszczały i lepiej było patrzeć gdzie się stawia stopę.
Dzień nieubłaganie uciekał i po krótkiej naradzie przewodnik zarządził ostatni punkt do zwiedzania, czyli jak przystało na prawdziwych traperów, był to największy market w mieście. Tam zakupiliśmy konia z kopytami na ognisko i coś do gaszenia żaru. Trochę przesadziliśmy bo nawet połowy nie udało się skonsumować a do tego żona Bubera przygotowała dla nas pyszny żurek i wyśmienitą sałatkę.
Dzień pełen wrażeń kończymy biesiadowaniem przy ognisku. Shipp znowu sypał kawałami z rękawa ale inni też nie byli gorsi aż biesiada przeciągnęła się do późnych godzin wieczornych.

d8_14

 

Ja musiałem przestawić swój namiot bo po zapadnięciu zmroku kilku chciało go sforsować w poprzek. Ratując dobytek przeniosłem się trochę wyżej, tam już nikt się nie doczołga.
Śpiewy hulanki i swawole do białego rana, czegóż chcieć więcej po pięknym dniu spędzonym w siodle narowistego rumaka?


Podsumowanie dnia ósmego:
Dzisiaj przejechaliśmy tylko 110km ale za to zwiedzania było sporo
Usterki: W Cruiserze uszkodziło się mocowanie cięgna zmiany biegów. Przydrożna spawarka załatwiła sprawę.
Resztę usterek to sami sobie zafundowaliśmy albo komuś sprezentowaliśmy tak jak w moim przypadku ale tego nie ma co barć pod uwagę bo to nie wina samego sprzętu.


Dzień dziewiąty (Niedziela 10.08.2008)

Rano nie chciało mi się wstać, ani trochę. Słyszałem jak Abu składał namiot, coś nawet do niego powiedziałem, ale znowu mi się przysnęło i jak się ocknąłem to Abu już był daleko. Nie chciał nas budzić z rana, bo do domu miał szmat drogi, to wyjechał skoro świt.
Wstałem i ja, sąsiedzi już składali namioty, to nie będę gorszy. Reszta pod dachem jeszcze smacznie śpi. Zjadłem ostatnią chińską zupkę i chyba tym zapachem chińszczyzny pobudziłem resztę. Żona Bubera pewnie nas polubiła bo przygotowała pyszne śniadanie a ja na nieszczęście byłem już zapchany.
Po śniadanku wspólne zdjęcie i pora wracać do domku. Tyle dni pełnych wrażeń i tak szybko wszystko zleciało.

d91

Ruszamy na wschód we czterech, Lucjan, Nocek, Cjt7 i ja, czyli Luca. Reszta z  Shippem jeszcze zostaje bo im się nie śpieszy. Andrzej i Grzeno zanocują u Shippa i dopiero na drugi dzień potną przez całą Polskę. My jedziemy twardo dzisiaj. Nocek prowadzi a ja na szarym końcu.

Po drodze nieoczekiwanie trafiliśmy na Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska. Czasu nie było za wiele ale szkoda było zmarnować taki zbieg okoliczności. Najwyżej pół godziny później dojedziemy do domków. W Parku Miniatur sympatyczna pani przewodnik opowiadała nam historię zabytków, a w środku katedry grały nawet organy. Nie jestem koneserem ale to było chyba coś Bacha.

Wszystkie miniatury były dokładnym odwzorowaniem istniejących zabytków z najdrobniejszymi detalami. Wszystko oczywiście wykonane w odpowiedniej skali, ten dwumetrowy człowiek stojący przed katedrą też.

d92

Wystarczy w jedno miejsce przyjechać i można zobaczyć wszystkie zabytki Dolnego Śląska i to z jakiej perspektywy.
Długo by tu opisywać ale może to niektórych zanudzić, wspomnę tylko o najciekawszych.
Zamek Czocha robi wrażenie już w miniaturze a w skali 1:1 musi być niesamowity.

d93

Była też Świątynia Wang do której musieliśmy się tyle nachodzić a tu była w zasięgu kilku kroków.

d94

No i w końcu mogłem się dokładnie przyglądnąć schronisku na Śnieżce, bez konieczności wdrapywania się w chmury.

d95

Przez chwile było nawet widać oba schroniska, tyle, że to miniaturowe okazało się większe od tego na Śnieżce.
Czas nieubłaganie leci, słoneczko zaczyna przypiekać a my sypiemy ostro do przodu.
Po drodze chwila przerwy na podziwianie krajobrazów, humory dopisują, sprzęty chodzą lepiej jak przed wyprawą.

d96

Jedziemy i jedziemy a tu drogi nie ubywa. Nocek prowadzi na autostradę i tam dajemy po garach. No i wtedy się zaczęło, spać, spać, spać. Monotonia jazdy prosto i niedobory snu z poprzednich dni zaczęły doskwierać. Jak jechaliśmy po górkach i lasach to nie było problemu a autostrada to masakra. Na szczęście w kufrze Cjt7 rozszczelniły się śledzie i powyskakiwały ze słoika pod wpływem drgań. Kombinezon przeciwdeszczowy Cjt7 był cały w śledziach a właściciel nie był zadowolony z tego faktu ale nam dzięki temu odechciało się spać. Co tu się dziwić, że czasem odkręca się jakaś śrubka jak nawet śledzie wymiękły.
Jedziemy twardo dalej, pora na mały odpoczynek.

d97

Po sjeście znowu poziom adrenaliny mi podskoczył. Wyjeżdżamy z zatoczki, pierwszy Nocek, za nim Cjt7 i Lucjan. Patrzę na lewo, jadą puszki ale jeszcze i ja zdążę no to gaz i do przodu, no i widzę przede mną stojącego Lucjana. Kurcze blade byłem pewien, że wyjechał a on stoi, no to po hamulcach na maxa. Przednie koło traci przyczepność a ja już nie mam miejsca by odpuścić bo wjadę Lucjanowi w błotnik, ominąć nie mogę bo wpadnę pod puszki, no to trudno hamuje do końca i staram się utrzymać motocykl mimo zablokowanego przedniego koła. Na szczęście wyhamowałem, tylko na samym końcu oparłem moto na podnóżku. Wolałem swoje moto porysować niż uszkodzić coś w Romecie Lucjana. Brakło mi dosłownie 1 metr i obyło by się bez ślizgu przedniego koła. Człowiek całe życie się uczy, nie wolno do końca nic zakładać do póki się tego nie widzi na pewno. Ja założyłem, że Lucjan pojechał, a on się zatrzymał. Obrócenie głowy to jest ułamek sekundy, ale w tym czasie przejeżdża się kilka metrów, których brakuje potem przy hamowaniu.
Nic się jednak nie stało, podest się trochę poluzował to dociągnąłem śrubki i w drogę. Adrenalina poradziła sobie z uczuciem spania i czujność utrzymywałem w pełnej gotowości bo to przecież najwięcej wypadków zdarza się przy powrotach do domu.

Po drodze korzystaliśmy z dobrodziejstw gastronomii, ale, że weekend to trzeba się było trochę wyczekać zanim człowiek coś smacznie zjadł.
Przed Częstochową Nocek skręcił na Dąbrowę a my dalej jedziemy prosto.
W Częstochowie znowu trzeba było się rozdzielić Cjt7 ruszył na Warszawę, a ja z Lucjanem w kierunku Jędrzejowa.
Na koniec udało mi się uwiecznić zadowolonego z wyprawy Cjt7 na jego stalowym rumaku po lekkim tiuningu.

d98

Zaczyna się ściemniać, to robimy małą przerwę pod zamkiem Olsztyn by ubrać się trochę cieplej.
Ruch dosyć spory bo ludzie wracają z weekendu, robi się ciemno i zimno, trzeba uważać i zwolnić trochę tępo.
Pod drodze jeszcze tankujemy, bo susza w zbiornikach i pomalutku kulamy się dalej.

d99

Około godz. 23 jesteśmy u mnie w domu. Lucjan w końcu dał się namówić na kolacyjkę i nocleg, bo do domu ma jeszcze spory kawałek to zawsze lepiej sobie jeszcze przedłużyć wyprawę o jeden dzień.

Podsumowanie dnia dziewiątego:
Dzisiaj przejechaliśmy z Lucjanem 483km
Cjt7 podobnie a Nocek coś około350.
Natomiast Abu samotnie przeciął przez całą Polskę 719km. Po tygodniowej wyczerpującej wyprawie na koniec machnąć jeszcze tyle kilosów w pojedynkę, to należy się wielki szacun dla Abu.

Usterek tego dnia brak.


Dzień dziesiąty (Poniedziałek 11.08.2008)

Dzień powrotu pozostałych jeźdźców.
Rano po śniadaniu odprowadziłem kawałek Lucjana. Dzień zapowiadał się ciepły i słoneczny po lodowatej nocy, to Lucjan mógł z przyjemnością dojechać do domku. Trochę mu zazdrościłem, że będzie miał o jeden dzień dłuższą wyprawę ale powrót do rodziny też sprawia wiele radości.
Andrzej i Grzeno również szczęśliwie wrócili tego dnia do swoich domów.

Wszystko co dobre szybko się kończy i ja tam byłem miód i wino piłem a com zobaczył i przeżył tom skrupulatnie opisał, a kto nie był niech żałuje bo druga taka sama, odjazdowa wyprawa już się nie powtórzy. Może będą inne ale taka już nigdy.

d10

Na zdjęciu pamiątkowy kask Cjt7. Za kilka lat będziemy go licytować na aukcji, ten kask oczywiście bez właściciela.

Podsumowanie WWS:
Tego dnia odprowadzając Lucjana przejechałem zaledwie15km. Lucjan  przejechał prawie 300km, Andrzej 510km a Grzeno miał najdalej bo aż 640km
Cała trasa u mnie wyniosła 2746km w większości przejechana po górach.
Nocek i Shipp śmignęli po 2500km, Cjt7 3000,  Lucjan 3200, Andrzej 3450, Abu 3452 i Grzeno, który przebił wszystkich 3600km.
Wyprawa bardzo udana w doborowym towarzystwie. Będzie co wspominać przez długie lata.
Chciałem wszystkim kompanom podziękować za wspólnie spędzone chwile te dobre i te w trudzie i zmęczeniu.
Dziękuje Buberowi i jego żonie, za serdeczne przyjęcie pod swój dach, mamie, że wytrzymała z nami i jeszcze dobrze nakarmiła, ale największe podziękowania należą się mojej żonie, która została sama z dwójką małych dzieci, po to bym ja mógł przez wiele dni czerpać radość z wyprawy. Zadbała również o smakowite przyjęcie strudzonych jeźdźców.
to już KONIEC

 
Copyright © Klub Chińskich Motocykli - 2010 (design Agnes
)