Wielka wyprawa Shippa (2008) - relacja Luca cz.1
Spis treści
Wielka wyprawa Shippa (2008) - relacja Luca cz.1
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Wszystkie strony

Dzień pierwszy (Sobota 02.08.2008)

Pomysł wyprawy narodził się w głowie Shippa podczas przejażdżki Południową stroną, którą odbyliśmy rok wcześniej. Cjt7 nazwał tą wyprawę WWS, czyli Wielka Wyprawa Shippa i ta nowa nazwa szybko się przyjęła w gronie zapaleńców.
No to od początku po kolei:
O piątej rano dzisiaj wyruszył Grzeno z  Gdańska, Andrzej z Malborka i Abu z Orzysza.
Około południa dotarli do stolicy na umówione miejsce, gdzie miał na nich czekać Cjt7.
Do ekipy dołączyli również: Majkelpl, Kjujik i Tomek na Hondzie.
Cjt7 na wstępie zorganizował orszak weselny dla rozgrzewki, po którym siedmiu wspaniałych ruszyło w moim kierunku.
Ja w tym czasie dopieszczałem maszynę przed wyjazdem i głowiłem się nad tym jak upchać te wszystkie toboły, z których i tak połowa się nie przydała.
Pierwszy dotarł Lucjan z okolic Tomaszowa, a około siedemnastej na parking pod Muzeum wsi Kieleckiej w Tokarni dotarła ekipa  ze stolicy, którą przywitaliśmy z Lucjanem.

Chłopaki trochę przemokli, bo po drodze czarne chmury dotrzymywały im towarzystwa.
Tomek wykręcił tylko rękawiczki, ubrał kurtkę z napisem HONDA i ruszył w drogę powrotną. Niestety nie miał czasu na dalszą część wyprawy.

dz1

Zostało nas ośmiu wspaniałych ale głodnych i w większości przemokniętych. To ruszyliśmy do mnie na małe conieco, które pieczołowicie przygotowała moja żona.
Nie padało wprawdzie, ale pogoda był niepewna to imprezę przenieśliśmy pod dach do garażu.
Cjt7 nieśmiało zaproponował bym zaglądnął mu do zaworków bo zaczyna mu się jeden tłumik przebarwiać. Zaczęło się ściemniać, a ja w garażu miałem tylko jedną lampę, którą musiałem zabrać bo ustawianie w ciemnościach zaworów nie jest łatwe. Chłopaki siedzieli więc po ciemku macając jedzenie. Na alkohol naprowadzali się węchem.
Abu, Cjt7 i ja byliśmy pochłonięci zaawansowaną chińską technologią. Po kilkunastu minutach dzieło było gotowe. Cjt7 odpalił swoją maszynę i zniknął gdzieś w ciemnościach. Po chwili wraca i klnie coś pod nosem, maszyna ledwo mu jedzie. No to ładnie spiepszyłem mu sprzęta. Nie było jednak tak źle,  Cjt7 miał teraz singla, drugi baniak odmówił posłuszeństwa. Okazało się, że przy składaniu w tych ciemnościach nie trafiłem fajką na świecę. Wystarczyło dobrze wcelować świecą do fajki i maszyna odzyskała nieokiełznaną moc. Biesiadnicy odzyskali światło i impreza się rozkręciła. Nawet zaszczycił nas swoją obecnością pokojowo nastawiony sąsiad z nieograniczoną siłą wyobraźni.
Około północy przyszła pora na sen. Jedynym twardzielem okazał się Kjujik, a reszta poszła spać pod dach, do ciepełka.

dz11

Podsumowanie dnia pierwszego:
Ja przejechałem zaledwie 20km, ale twardziele z północy ponad 600km.
O awariach nie słyszałem. Wszystkie motorki dojechały do celu dzisiejszego dnia.
Przyznam się, że trochę się obawiałem, czy ktokolwiek przyjedzie na tą wyprawę i czy znowu nie zostaniemy tylko ja i Shipp jak w zeszłym roku, ale tym razem chłopaki nie zawiedli.


Dzień drugi (Niedziela 03.08.2008)

Poranek przywitał nas słoneczkiem i dzień zapowiadał się znakomicie.
Kjujik dzielnie pilnował nam sprzętów przez całą noc.
dz2

Po pysznym śniadanku, które moja nieoceniona żona przygotowała ruszyliśmy na spotkanie z Shippem. No bo co to za Wielka Wyprawa Shippa bez Shippa, trzeba go było czym prędzej znaleźć.

dz21

Po drodze były zamki: Chęciny i  Ogrodzieniec. Klujik dzielnie dbał o nasze bezpieczeństwo
i blokował swoją maszyną wszystkie krzyżówki i ronda. Obstawę mieliśmy niczym prezydent RP.

dz22

Pod Ogrodzieńcem przyszło nam się rozstać z Kjujikiem, bo musiał jeszcze tego dnia dojechać do domu. Od tej chwili radzimy sobie sami. Tego co się działo od tej pory na drodze to lepiej nie opisywać. Chinersom tak się spodobała zabawa w blokowanie, że blokowali wszystko co popadnie, nawet to co nie trzeba, łącznie z polnymi drogami. Najlepszy w tym był Andrzej i Cjt7. Co tam jakiś rozpędzony TIR, czy autobus pełen ludzi, brali to na klatę z uśmiecham. Pod koniec dnia byli trochę głusi od klaksonów ciężarówek, ale co tam.
Zasada była taka, że pierwszy prowadził a drugi blokował . Jak było rondo to po zablokowaniu wlotu przez drugiego, trzeci blokował następny i tak dalej aż do sparaliżowania całego ronda. Ostatni czyli Majkelpl zamykał cały ogonek i wpuszczał przed siebie tych co wcześniej blokowali ruch. Dzięki temu przejazd całej kolumny motocyklistów przebiegał bardzo sprawnie i nie było powciskanych puszek między nami.
Lećmy jednak dalej, bo mi papieru braknie by to wszystko opisać co przeżyliśmy wtedy.
W Olkuszu dotarł do nas Nocek i zwolnił mnie z funkcji prowadzącego, bo to jego tereny i tak przemieszczaliśmy się w kierunku Żywca przez Chrzanów i Oświęcim.
W Żywcu był postój przy zaporze, ale Shippa ani widu ani słychu. Andrzej wyciągnął radiostacje i łapał kontakt z istotami pozaziemskimi albo z Shippem.

dz23

Niestety to nie tu, Shipp wybrał inne piękne miejsce na spotkanie, gdzieś na jakimś skrzyżowaniu. To jedziemy dalej
W końcu po wielu trudach i przerwach na papierosa odnaleźliśmy Shippa zaszytego w leśnym gąszczu. {Wiewióra pewnie znowu siedziała i pędzlowała orzechy ;).
dz24

No to jesteśmy w komplecie, czyli dziewięciu wspaniałych. Cjt7 nie widać bo robi zdjęcie.
Jedziemy dalej w poszukiwaniu dobrego miejsca na nocleg. Długo nie trzeba było czekać, trafiło się ogrodzone pole, malowniczo położone nad górską rzeczką.

dz25

Po rozbiciu namiotów była też wieczorna toaleta w krystalicznym górskim potoku.

dz26

Nocek z nudów zaczął rozbierać swój gaźnik, bo mu gdzieś paliwo się pokazało i wspaniałomyślnie mi też zorganizował czas wolny. Trzeba było podgiąć odrobinkę blaszkę na pływaku i po kłopocie, reszta to regulacja śrubką od powietrza. Zadowolony Nocek tak się śpieszył z poskładaniem, że mu części zostało i trzeba było rozkręcać gaźnik ponownie.

Żałowałem trochę, że mu pomogłem bo potem przez całą drogę chełpił się małym spalaniem swego moto ;). Na każdej stacji benzynowej tankował o dwa litry mniej od nas. Jak my 8 litrów to on 6. Zważywszy, że miał większy zbiornik to mógł spokojnie tankować co drugą wizytę na stacji paliwowej. Z resztą Grzeno miał tez podobnie. Mi nie wierzą ludzie, że  Jelonek pali 3L/100km ale Cruiser 250 przy sporym obciążeniu tobołami i ostrej jeździe w górach spalanie ma od 2,3 do 2,6L na 100km to już może zachwiać prawa fizyki. Perpetuum jakie, czy co?

Znowu zbaczam z tematu, acha i co dalej? Ano dalej była kolacyjka piwko i ognicho z dowcipami z niewyczerpanej skarbnicy humoru Shippa. Brzuchy nas bolały od śmiechu, nie od piwa.

dz27

Podsumowanie dnia drugiego:
Przejechaliśmy 285km
Była jedna mała usterka gaźnika w Nocka Cruiserze ale sobie poradziliśmy.


Dzień trzeci (Poniedziałek 04.08.2008)

Poranek przywitał nas snującymi się mgiełkami, rześkim powietrzem i inwazją skorków. Trzeba było z samego rana stoczyć krwawą walkę na śmierć i życie. Wprawdzie w nocy coś mi chodziło po twarzy, ale starym indiańskim sposobem zrolowałem to coś w palcach i wyrzuciłem za siebie. Rankiem ubiłem ze sześć dobrze zbudowanych i wyszkolonych skorków. Znalazłem też później przy zwijaniu karimaty tego zrolowanego w nocnych ciemnościach. Zrolowany był prawidłowo i nie miał już jak plądrować mojego namiotu. Chyba żeby metodą przewrót w przód lub w tył. Sprawdziłem jeszcze, czy żadna z części mojego ciała nie ucierpiała przez tą inwazyjną noc. Na szczęście wszystko było na miejscu. Myślałem, że tylko ja mam taki nieszczelny namiot ale okazało się, że w innych namiotach były podobne krwawe sceny walki.   Zatem wszyscy wstaliśmy wyjątkowo wcześnie ale byliśmy wyspani po kilku godzinach snu. Znaczy się dobry klimat tu mają.
dz3

Ranna toaleta w górskim potoku już nie była tak przyjemna jak wieczorna, bo woda była lodowata, nadająca się tylko dla Morsów.
Na śniadanie królowała kawusia i zupka chińska na wodzie mineralnej podgrzanej na kuchence polowej. Ja wolałem jednak tą z górskiego potoka. Nie wiem dlaczego wszyscy na mnie tak dziwnie patrzyli jak jadłem przy chińskich motocyklach,  pyszną chińską zupkę na górskiej wodzie.
Po porannym napełnieniu brzuchów na łonie przyrody, było ponowne napełnianie brzuchów po zaledwie kilku przejechanych kilometrach w cywilizowanej knajpie. Gdy już nie było miejsca w przewodzie pokarmowym ruszyliśmy w stronę Zawoji i Babiej Góry. Okolica robiła się coraz bardziej malownicza i górzysta, tylko stan nawierzchni bitumicznej pozostawiał wiele do życzenia. Majkelpl obawiał się, że zawieszenie w jego Dragu nie wytrzyma takiej jazdy. Shipp prowadził więc było się czego obawiać.

dz31

Jedziemy dalej w stronę Zakopanego. Tam wita nas Giewont.

dz32

Mały lansik po Zakopanem i jedziemy dalej ku przeznaczeniu. Po drodze natrafiliśmy na fajną knajpkę z widokiem na wysokie Tatry.

dz33

Zjazd do tej knajpy był tylko dla 4x4 ale ostrzeżenie zauważyłem dopiero w drodze powrotnej. Cjt7 przypłacił to lekko skrzywionym lusterkiem na ostrym zjeździe. Miał w końcu najbardziej obładowany motocykl. Siekierka, piła motorowa i kowadło dla równowagi.
Jedzonko było bardzo smaczne, widoki przepiękne i humory dopisywały wszystkim, jak widać na załączonym obrazku.
dz34

Po smacznym obiadku, Shipp prowadzi nas na zamek Nidzica. Na parkingu łupią nas niemiłosiernie ze wszystkich drobnych, jakie mamy. Komercja przerasta formę nad treścią, dobrze, że przynajmniej rekompensują nam to widoki na zalew i zamek.

dz35

Po drugiej stronie zalewu jest drugi zamek Czorsztyn ,ale tam można się dostać tylko stateczkiem, który odpływa z maleńkiej przystani.

dz36

Koło zamku jest też interesujące oznakowanie. Ciekawe co ten znak oznacza. Pogromcy duchów tu byli, czy co, a może jest jakaś sala tortur dla duchów?
Albo uwaga na przelatującego ducha bo ma kule na łańcuchu i nie zawaha się jej użyć?

dz37

Na dzień dzisiejszy zwiedzanie mamy zakończone, teraz czeka nas tylko jazda. Do Sieniawy spory kawałek, a godzina nie rozpieszcza. Jechaliśmy też koło Czorsztyna, szkoda, że nie było już czasu zobaczyć tej potężnej zapory.
Przyśpieszamy trochę tępo przemieszczania się tak by Majkelpl mógł w swoim DragStarze sprawdzić, czy piąty bieg jeszcze funkcjonuje. W Nowym Sączu podczas przeciskania się w korkach zaczyna kropić, ale udało nam się uciec przed czarną chmurą.
Nasze szczęście jednak nie trwało długo, bo po zatankowaniu na stacji przed Gorlicami na szczycie góry naszym oczom ukazał się panorama jednej wielkiej ulewy. Cóż było robić, zakładamy wszyscy co kto ma. Shipp stwierdził, że jest twardzielem i nie będzie wyciągał stroju przeciwdeszczowego z dna bagażu.
Później było tylko coraz lepiej, deszcz, deszcz i deszcz.. 100 km po górach w ulewnym deszczu, a najlepsze było to, że w lusterkach cały czas świeciło nam zachodzące słoneczko a nad nami i przed nami było czarno, zimno i mokro. To był prawdziwy sprawdzian dla nas i naszych maszyn. W Dukli zrobiliśmy małą przerwę na wykręcanie napompionych ubiorów. Przekonałem się wtedy, że kombinezon przeciwdeszczowy to nie znaczy, że nie przemaka. Woda wdzierała się wszędzie, nawet w najmniejsze zakamarki. Trzeba było zaciskać pośladki przed deszczową lewatywą. Twardziel Shipp przybrał nam trochę na wadze i napuchł niczym Teletubiś. Jego skórzany uniform wypił chyba ze dwa wiaderka wody. Ci co palą rozgrzali się trochę od dymu, a reszta musiała szczękać zębami. Opuszki na palcach trupio wybladły i pomarszczyły się jak rodzynki. Deszcz przestał padać dopiero 10km przed Sieniawą i od tego momentu towarzyszyła nam piękna podwójna tęcza. Po drodze w Rymanowie zaopatrzyliśmy się w trunki i około godziny dwudziestej byliśmy na miejscu. Po smacznej kolacyjce pora się rozgrzać trochę. Flaszka 0,7L padła tylko do połowy ,bo my padliśmy wcześniej z wyczerpania. Film się urwał do dnia następnego.

Podsumowanie dnia trzeciego:
Przejechaliśmy 368km z czego 100km w ulewnym deszczu.
Motorki spisał się świetnie, oponki chińskie też wbrew obiegowej opinii.
Nie było niespodziewanych uślizgów, czy wywrotek.


Dzień czwarty (Wtorek 05.08.2008)

Trochę zaspaliśmy tego dnia. Nasze organizmy po wczorajszym jeszcze nie doszły do siebie, a jak się chce zobaczyć całe Bieszczady to trzeba startować z samego rańca. Ruszamy około godziny dziesiątej. Przed wyjazdem było dosuszanie ubrań i smarowanie łańcuchów po deszczu, bo były ze smarowidła wypłukane doszczętnie, aż  prosiły o odrobinkę oleju. Jak komuś nie zdążyło wyschnąć ubranko to musiał dosuszać na bieszczadzkich winklach.

dz4

Zanim motocykle się rozgrzały trzeba było już robić postój bo piękne widoczki zalewu w Sieniawie kusiły by zrobić fotkę.

dz41

Przy zaporze w Sieniawie była mała zamiana za sprzęty. Chciałem kupić DS. od Majkelpl i trzeba było go przetestować.

dz42

Pierwsze chwile na DS. były jak by mi dodano skrzydeł, motorek ładnie ciągnął i bardzo łatwo się go prowadziło, ale po kilkunastu kilometrach czar prysł i coś mi zaczęło przeszkadzać, coś było nie tak. Motorek niczego sobie, ale chyba nie dla mnie. Cieszyłem się, że z powrotem siedzę na moim kochanym Jelonku. Byłem też, zdziwiony, że hamulec przedni mam znacznie lepszy niż w DS, no ale to może kwestia zużycia tarczy bo DS. miał już troszkę przejechane.
Następny przystanek pod klasztorem w Komańczy, gdzie był więziony Kardynał Wyszyński.

dz43

Majkelpl został ranny w palec jadąc na moim Jelonku i zakonnica z klasztoru udzielała mu pierwszej pomocy, przyklejając maleńki plasterek na paluszek.
Teraz jedziemy zobaczyć co słychać na Słowacji i zaraz wracamy. Jedziemy sobie z górki podziwiając widoki, a ja jako prowadzący w ostatniej chwili zobaczyłem dobre miejsce na robienie fotek, więc kierunek i trochę mocniejsze hamowanko.
W tym czasie właśnie Cjt7 podziwiał okoliczną przyrodę i zbyt późno zauważył, że ja hamuje. Patrzę w lusterku a tu Cjt7 sunie w moim kierunku bokiem i zaraz będę robił za kręgle na kręgielni. Szybko odpuściłem hamulce i dodałem gazu. Cjt7 zyskał trochę miejsca i też odpuścił hamulec i w tej chwili stało się coś niewyobrażalnego. Prawie leżący motocykl jakby nigdy nic po prostu sobie wstał do pionu razem z Cjt7. Normalnie wszystkie pokazy kaskaderskie się umywają do tego co pokazał Cjt7. Wszyscy z tyłu z zamarciem patrzyli co się dzieje. Mógł być niezły karambol i koniec wyprawy, bo ja bym leżał podcięty przez Cjt7 a na nas najechała by cała reszta gawiedzi, a tak zupełnie nic się nie stało. Cjt7 razem z moto nawet nie został draśnięty.
Nie ma co, trzeba było zrobić przerwę na duużą ilość papierosów i podziękować Panu Bogu za cud.
Jak już przestały nam się trząść ręce i aparat mógł w końcu złapać ostrość to porobiliśmy parę upamiętniających tą piękną chwilę ocalenia fotek.

dz44

Jedziemy dalej w stronę Cisnej, tam mała przerwa na smaczne, gorące, prosto z grila wędzone scypki bo oscypki mogą tylko robić Górale z Tatr, a ci z Bieszczad to już nie, bo UE nie pozwala no to mają scypki zamiast oscypek. Moim zdaniem smakują lepiej niż te z Zakopanego. Jedziemy dalej w stronę wysokich Bieszczad i tam robimy parę fotek na łonie przyrody.

dz45

Piękne bieszczadzkie serpentynki i w tym miejscu zaczęły się lekcje jazdy Shippa. Jechał z tyłu i dobrze widział jak kto jeździ. Lekcja nr1 : większe odstępy jeden od drugiego, lekcja nr2: hamujemy przed zakrętem na serpentynach a nie podczas pokonywania całego zakrętu. Prędkość trzeba dostosować przed, a nie  w trakcie.
Lekcja nr3: serpentyny pokonujemy na trzecim biegu i wyższych obrotach, wtedy można łatwo pokonywać ostry zakręt sterując samą manetką.
Lekcja nr4: trzymamy się swojego pasa bez wypadania z zakrętu na sąsiedni.
Szkolenie było przeprowadzone w tymże pięknym otoczeniu. Dla tych co się nie dostosują były przewidziane sankcje w postaci jazdy na największych serpentynach w Polsce aż do skutku. Jak będzie trzeba to nawet do samego rana.

dz46

Na efekty dydaktyczne nie trzeba było długo czekać bo z minuty na minutę grupa coraz lepiej pokonywał zakręty a chwilami nawet było prawie wyczynowo. Udało się nawet coniektórym prawie pozamykać oponki i poprzycierać to i owo.
Jedziemy dalej, kolejnym obowiązkowym punktem programu jest tablica w Ustrzykach.

dz47

Przed Czarną zatankowaliśmy na maleńkiej bieszczadzkiej stacyjce paliwo ponoć z Orlenu i ku naszemu zdziwieniu nasze motocykle dostały skrzydeł. Jakby im koników przybyło.
Jedziemy dalej a za Czarną koniec drogi, zerwany most. Jest jakaś stroma droga prowadząca przez las ale tam stał znak zakaz ruchu i pod spodem pisało droga zakładowa.
Na szczęście jeden z robotników w żółtym kasku budowlanym machnął by jechać, no to pojechaliśmy. Droga była bardzo stroma ale utwardzona kamieniami to obeszło się bez grzebania tylnym kołem. Mi przednie koło na wertepach zaczęło tracić kontakt z podłożem to pochyliłem się do przodu i sterowność została odzyskana. Ten objazd pokonaliśmy na pierwszym biegu, bo na dwójce już dusiło silnik a to o czymś świadczy. Nie chciał bym pokonywać tej stromizny podczas ulewnego deszczu.
Na szczęście pogoda w Bieszczadach nam dopisała i tylko przez chwile delikatnie pokropiło w wyższych partiach gór.
Po pokonaniu tego karkołomnego objazdu przywitały nas znowu piękne widoczki.

dz48

Jedziemy dalej w stronę Polańczyka. Po drodze trafiliśmy na stado krów idące całą drogą i była zabawa w slalom między rogami. Jako, że prowadziłem peleton to przebiłem się pierwszy. Podczas gdy reszta walczyła jeszcze z bydłem, ja wchodziłem w ostry niewidoczny zakręt i w ułamku sekundy przed sobą zobaczyłem lampę i kawałek grila furgonetki. Zadziałał instynkt i przeciwskręt, automatycznie zjechałem z asfaltu na trawę i minąłem się z  kupą blachy na żyletki. Jakiś bezmózgi kierowca furgonetki tak ściął niewidoczny zakręt, że jechał całkowicie lewą stroną przy samej lewej krawędzi  jezdni. Tak, że nie było miejsca nawet na rowerzystę, czy pieszego. Jak już się minąłem to widziałem w lusterku, że kierowca odbił na prawą stroną tylko, że o wiele za późno, musztarda po obiedzie. Jechał bardzo szybko i mało nie wypadł z zakrętu, po odbiciu na prawo, prawe koła furgonetki pojechały poboczem wzbijając tumany kurzu. Był to ułamek sekundy,  serce wskoczyło mi do gardła, ręce długo się trzęsły. Pytałem jadących za mną, czy widzieli tą akcję, ale byli wtedy zajęci krowami i tylko widzieli jak już furgonetka jechała prawym poboczem wzbijając tumany kurzu.
Człowiek nie jest w stanie w takiej chwili pozbierać myśli, dopiero później dotarło do mnie, że trzeba było dogonić gościa, wyciągnąć z samochodu i wyrzucić mu gdzieś kluczyki w krzaki, by jadąc dalej nie zabił kogoś, może był pijany albo co?
Po kilkunastu kilometrach stanęliśmy na smaczny obiadek w miłej knajpce, w której trochę doszedłem do siebie i napełniłem dobrociami skołatany układ pokarmowy.
Jedziemy dalej przez miejscowość Wołkowyja i lądujemy w Polańczyku na tarasie widokowym.

dz49

Motorki też podziwiają widoki.

dz410

Kolejnym etapem jest odwiedzana przez chyba wszystkich bieszczadzkich turystów Solina.
Tam parkujemy na parkingu o słonych opłatach ale dla motocyklistów jest co łaska. Szkoda, że wszystkie parkingi nie są tak przyjazne dla bikerów.
Idziemy na zaporę podziwiać to i owo.

dz411

Przy zaporze było wesołe miasteczko, Cjt7 zobaczył samochodziki i już nie było przeproś.
Pozakładaliśmy na siebie skóry, kaski  i była ostra jazda. Shipp robił za filmowca, a my się rozbijaliśmy na całego. Szaleństwo trwało tylko kilka minut, ale śmiechu było co niemiara, aż zrobiło się zbiegowisko równie ubawionych gapiów. Taki widok nie zdarza się co dzień.
Tomek wypatrzył jakąś szympansicę poruszającą się w specyficzny sposób i starał się nawiązać z nią jakiś kontakt, ale został przegoniony przez właściciela. Mi, aż łzy pociekły ze śmiechu.
Słoneczko już chyliło się ku zachodowi i trzeba było jechać dalej by zdążyć za dnia na największe serpentyny w Polsce na Górach Słonnych.
Po drodze podziwiamy jeszcze zalew w Myczkowcach, potem parę kilometrów jazdy po kostce brukowej i już jesteśmy w Lesku. Tam mała przerwa na obłupienie bankomatu i ruszamy dalej, bo słoneczko już chce iść spać.
Na serpentynach było trochę szaleństwa, lekcje Shippa nie poszły na marne. Uwieńczeniem całego dzisiejszego dnia była panorama Bieszczad przy zachodzącym słoneczku, widziana z tarasu  przy serpentynach.
No tak dzień się skończył, a do Sieniawy jeszcze z 45km, no to w drogę.
Dojechaliśmy w egipskich ciemnościach około 22, szybka kolacyjka, resztka 0,7 i lulu.
Dzień następny już na nas czekał i trzeba było zregenerować siły.

dz412

Podsumowanie dnia czwartego:
Przejechaliśmy 326km po pięknych górach.
Żadnych awarii sprzętu nie stwierdzono. Motorki nawet jakby się ulepszyły i nabrały większego wigoru, ale to chyba efekt mieszanki tego paliwa z bieszczadzkim powietrzem.


Dzień piąty (Środa 06.08.2008)

Kolejny piękny dzień przed nami, ale jakoś tak ciężko się podnieść z rana po całym poprzednim dniu w Bieszczadach. Rano było trochę krzątaniny przy sprzętach. Andrzej wymieniał olej, bo już przyszła pora i nie było sensu katować sprzęta na zużytym. Cjt7 wyjechał już z domu na zupełnie rozciągniętym łańcuchu i po Bieszczadach nie było wyjścia tylko trzeba było jedną parę ogniwek wywalić. Normalnie się tego nie robi ale on zmienił tylną zębatkę na mniejszą i przez to tylne koło się cofnęło o jeden zakres, więc od kreski do kreski można było spokojnie zaryzykować. Obiecał jednak, że zaraz po powrocie zmienia na jakiś markowy. Najlepsze jest to, że potem łańcuch przez resztę wyprawy spisywał się jak nowy i prawie go nie trzeba było naciągać. Przykręcając cięgno od biegów przestawiłem niechcąco o jeden ząbek na wieloklinie i Cjt7 miał później problemy z wciskaniem biegów, ale do tego jeszcze dojdziemy.
Pora ruszać w dalszą drogę i opuścić tą gościnną Sieniawę. Chłopcy w ramach podziękowania za gościnę wręczyli mojej mamie mały prezencik i ruszyliśmy dalej.

dz5

Daleko nie ujechaliśmy bo tylko 7km i w Rymanowie trzeba było się rozstać z Majkelempl, który musiał już wracać w kierunku stolicy.

dz51

Zostało nas tylko ośmiu wspaniałych na chińskich rumakach.. Jedziemy w stronę granicy na przejście w Barwinku. Tam mała przerwa pod kantorem. Nocek niechcąco wdepnął w małą kałuże i ku zdziwieniu wszystkich noga weszła mu prawie po kolana. Może tam cos siedziało i chciało go całego wciągnąć?
Granica przekroczona, ale nie ma się co rozpędzać bo zaraz za jest wieża widokowa z panoramą okolicy, w której swego czasu toczyły się ciężkie walki z hitlerowcami.

dz52

Jedziemy dalej poznawać obce dalekie kraje. Przed Bardejovem Cjt7 zgłasza usterkę, nie może wbić biegu, więc robimy małą przerwę techniczną.
Zajęło to kilka minut, Cjt7 sam przestawił sobie cięgno od biegów o jeden ząbek, mnie już wolał trzymać z daleka od swojego sprzęta. Sypiemy dalej prosto na starówkę Bardejova, a tu Shipp, który jechał ostatni gdzieś przepadł. Zatrzymały go światła i potem nie wiedział gdzie dalej jechać.
Jak już nas znalazł to przyszła pora na lekcję nr5: wykrzyczaną tak, że nawet umarły by usłyszał, czyli: każdy pilnuje swoich pleców, czyli tego co jedzie za nim i w momencie gdy zmienia się kierunek jazdy, skręca gdzieś, czy cuś, ten co zgubił swoje plecy, grzecznie czeka w widocznym miejscu. W ten sposób nikt się nie zgubi. Prowadzący też nie jest w stanie wszystkich doliczyć w lusterku dlatego każdy pilnuje pleców.
Lekcja nr6:  Poza miastem gdy jest większa prędkość gdy jedziemy gęsiego to zachowujemy większe odstępy, jak droga jest szeroka z dobrym asfaltem to lekko naprzemiennie by nie wisieć komuś na ogonie, ale jak jedziemy w mieście to ścieśniamy się maksymalnie, tworzymy jeden duży pojazd tak by nikt się między nas nie wciskał, czyli szyk naprzemienny możliwie blisko siebie w zależności od prędkości. Jak z przodu ustawienie się zmieni to cały tył też się przestawia, a nie uparcie jedzie w starym ustawieniu. Na światłach stajemy na pasie po dwóch obok siebie i ruszamy w kolejności naprzemiennej. Koniec lekcji.
Po wyczerpującej edukacji idziemy zwiedzać starówkę.

dz53

by tu coś zjeść bo orkiestra brzuszna gra na całego. Jest fajna pizzeria to atakujemy.

dz54

Jedzonko było smaczne i niedrogie, tylko Shipp wybrał sobie pizzę o podejrzanie brzmiącej nazwie katastrofa. Nie trzeba było długo czekać i pizza dała o sobie znać. Shipp robił się raz blady, a innym razem zielony, w końcu nie obeszło się bez  Wyzwolenia Cierpiących, w skrócie WC.
Przed Preszovem Cjt7 zamienił się z Nockiem za sprzęty. Nocek jednak nie wytrzymał długo na nieokiełznanym sprzęcie Cjt7 i błagał by się czym prędzej przesiąść a Cjt7 wcale nie miał na to ochoty bo z zamiany był zadowolony i kto wie czy teraz sobie takiego nie kupi.
Za Preszovem wylatujemy na autostradę tam manetki na maxa i przed tunelem atakujemy zjazd bo co to za przyjemność przejechać przez dziurę w ziemi, pojedziemy serpentynkami górą. Początkowo było sporo łat na drodze, ale później pokazał się dobry bardzo szorstki asfalt.
Wypruliśmy z Nockiem po serpentynach do przodu, a Cjt7 nam deptał po piętach. Czułem, że oponki dobrze mi się trzymają tego asfaltu i opory przed ostrymi winklami zniknęły. Ale była jazda. Nocek jechał pierwszy, ja mu siedziałem na ogonie. Doszedłem do wniosku, że znacznie łatwiej jedzie się za kimś niż samemu prowadzi, bo widać jak się ten ktoś składa i jaki będzie zakręt. Można bardziej podkręcić manetkę.
Nagle prawie przy samym dole góry Nocek zwalnia i zjeżdża na pobocze ale nie pokazuje, że mu się coś stało to gonie na sam dół by nie tracić impetu. Po chwili jedzie Nocek z całą bandą. Okazało się, że przegrzały mu się hamulce, ma oba tarczowe i o mało co nie zagotował płynu hamulcowego. Jego silnik ma trochę inną charakterystykę niż mój, u mnie jak odpuści się manetkę to czuć sporą siłę hamującą od silnika i dlatego na długo nie da się puścić kierownicy bo moto szybko zwalnia, a w Cruiserze Nocka siła hamowania silnikiem jest o wiele słabsza. Nocek więc musiał wytracać prędkość przed winklami przy pomocy hamulców a ja robiłem to silnikiem, wspomagając się tylko hamulcami. Efekt był taki, że ja miałem ledwo ciepłe hamulce, a Nocka kipiały z gorąca.
Po wystudzeniu jedziemy dalej i naszym oczom ukazuje się największy w Europie kompleks ruin zamkowych czyli zamek Spiski Hrad.

dz55

Zaparkowaliśmy na pobliskim parkingu i większość z nas poszła zdobywać zamek.
W czasach swojej świetności zamek musiał robić piorunujące wrażenie jak i widok z niego.   Ja, że już byłem rok temu, to poszedłem sobie na pobliską górkę strzelać foty okolicy. Pobliskie miasteczko też bardzo ładne ale zaniedbane i niedoinwestowanie. Dużo zabytkowych kamieniczek niszczeje. Jest duży kontrast między odnowioną starówką w Bardejowe. Można było też zauważyć duże skupiska Cyganów i ogólną biedę.

dz56

dz57

Dzień się kończył i pomału trzeba było się rozglądać za noclegiem, na szczęście opodal była sympatyczna knajpka z polem namiotowym. Długo się nie trzeba było zastanawiać, zostajemy.

dz58

Rozbicie namiotów poszło nam szybko i sprawnie, pora zaatakować knajpę stojącą opodal.

dz59

Piwo było dobre i tanie, jedzonko pyszne, obsługa przemiła ,a knajpa nazywała się Spiski Salasz. Niektórzy nawet chcieli zostać na dłużej.
To był kolejny udany pełen przeżyć dzień.

Podsumowanie dnia piątego:
Przejechaliśmy 194km
Odrobinkę przygotowania technicznego sprzętów rano było, ale awaria żadna nikomu się nie przytrafiła. Chińskie sprzęty kolejny dzień dzielnie się spisały.

cdn.

 
Copyright © Klub Chińskich Motocykli - 2010 (design Agnes
)